Kosmetyczka w podróży, czyli pakuję się!

Podróże same w sobie są bardzo fajne. Lubię być w trasie z jednego powodu – endorfiny. Dodatkowa ich dawka bardzo zalecana i wskazana. Pomimo iż podróże bywają męczące to dają pozytywnego kopa.
Jak samo podróżowanie jest spoko, tak już pakowanie nie koniecznie zaliczam do tej kategorii. Zawsze odnoszę wrażenie, że w mojej walizce jest za mało lub za dużo rzeczy.
Nie wszyscy wiecie, że 8 miesięcy temu przeprowadziłam się do Anglii. W tym odbyłam dwie podróże do domu rodzinnego i dziś szykuje się kolejna. Te trzy razy nie nauczyły mnie jeszcze jak prawidłowo spakować walizkę. Tego nadal uczy mnie mój Partner, który tę sztukę opanowaną ma do perfekcji. Wie jak pakować plecak, tak by pomieścić maksymalną ilość ciuchów przy ograniczeniu wagowym. Lecimy na 7 dni z bagażami podręcznymi. Na każdego z nas przypada po 10 kilogramów, więc nie ma co panikować i dokupować jakiś dodatkowy bagaż do luku. Niestety te podręczne mają to do siebie, że przeróżne płyny mogą być przewożone jedynie w pojemności do 100 ml.  

Zastanawiacie się, co w takim przypadku zabiorę w swojej kosmetyczce? Już mówię. Kwestia kosmetyków, które lecą ze mną, bywa różna. Jadę do domu a nie do hotelu, dlatego też moja kosmetyczka tym razem będzie nieco szczuplejsza. Przeważnie po każdej mojej wizycie, pewne kosmetyki zostają i czekają na następny raz. Dla pewności wysyłam siostrę na zwiady, by sprawdziła, co konkretnie znajduje się w szafce z kosmetykami.

Na ten wyjazd spakowałam dwie kosmetyczki. Nie ze względu na nadmiar kosmetyków. To przez środek transportu. Pewnie gdybym jechała pociągiem wszystko znalazłoby się w jednej. Niestety podczas lotu samolotem z bagażem podręcznym wszelkie płyny muszą być przy odprawie wyciągnięte i prześwietlone (czy co oni tam z nimi robią). 
Tak też pierwsza kosmetyczka zawierać będzie moje niezbędniki do wykonania makijażu. Spektakularnych wyjść nie planujemy, może jedynie zaliczymy kino z moim Lubym, do czego nie potrzebuje wieczorowego makijażu. Ewentualnie maźnę oko cieniem i użyje mocniejszej szminki. Wiecie tak by być bardziej sexi :D. No i wiadomo, spotkania z rodziną czy przyjaciółmi to nie wystąpienie w Telekamerach. Tutaj postawię na makeup No makeup lub po prostu coś najzwyczajniej w świecie delikatnego. Poza tym ja nie lubię zbytniej ingerencji we własną naturę i staram się nie kłaść tony szpachli by całkowicie zmienić swoją twarz ;)

W tej kosmetyczne znajdziecie podkład, o którym już Wam wspominałam tutaj – KLIK. Zrobię przy okazji mały Edit, – jeśli posiadasz jakieś bliżej niezidentyfikowane osobniki (czytaj pryszcze) to się nie łudź, że ten krem je zakryje. W takim przypadku krycie to on ma znikome. A wiem, bo moja nieskazitelna (do teraz) twarz została zaatakowana przez kilka okazów i zakrycie ich przy pomocy tego kremu graniczyło z cudem.

Róż i puder transparenty to produkty, bez których nie potrafię się obyć w makijażu. Będą to róż od Wibo i puder z firmy Constance Carroll, któremu jestem wierna długie lata. Przy mojej bardzo jasnej karnacji wszystko ciężko mi dopasować.

Brwi traktuje zawsze cieniami do tego przeznaczonymi. W moim przypadku są to te z Avon - wyjątkiem są dni, kiedy siostra strzeli mi w gratisie hennę J Swoją drogą, próbowałam tej pomady z Wibo, ale niestety ta konsystencja nie nadaje się dla mnie. Jestem posiadaczką dość gęstych i długich włosków brwiowych. Po pomalowaniu wyglądały jakby były mokre i ulizane – nie moje klimaty.

Tusz do rzęs, który czasami wystarczy sam w sobie by opuścić mieszkanie. O nim słów kilka znajdziecie tutaj – KLIK.

Cienie do powiek Avon, a właściwie jeden cień. Nie jestem makijażowym guru. Nie potrafię wykorzystać więcej niż dwa kolory, – nad czym ubolewam, bo palety Kobo, NYX czy Revolution kuszą by mieć je w swoim posiadaniu. No, ale nie kupię czegoś tylko po to, aby się na to gapić i nie wykorzystać w całości.

Do tego grona dorzucę korektor oraz trzy szminki z Avon. Oczywiście nie zapomnę o pędzlach by wykonać ów makijaż. Będą to odpowiednio gąbeczka do podkładu, pędzel do pudru, różu, brwi oraz ten do blendowania cieni. No! Można zapiąć i wrzucić do walizki. Zrobione - odhaczone J
Przyszedł czas na kosmetyki do pielęgnacji ciała. Przed wyjazdem zakupiłam podróżne sety do samolotu (jak wspominałam można wziąć w buteleczce tylko 100ml produktu płynnego). Ku mojemu zaskoczeniu w domu po mojej ostatniej grudniowej wizycie, produktów z tej grupy zostało dość sporo. I tak oto w kosmetyczce numer dwa (ta, która przy odprawie musi wylądować na zewnątrz) pojedzie ze mną jedynie płyn micelarny Nivea, płyn do higieny intymnej (testuje coś nowego, dlatego też nie będę mówić na razie o nim) oraz krem pod oczy (w oryginalnym pojemniczku, bo pojemność się zgadza). Tak teraz sobie myślę, że chyba podkład też powinien się tutaj znaleźć (?)

Możliwe, że zastanawiasz się, dlaczego nie wspominam nic o kremach do twarzy. Już tłumaczę. Z racji tego, iż obecny krem na dzień to dno, a krem na noc dobija do dna (denko), postanowiłam zamówić parę rzeczy od polskich producentów i je przywieźć ze sobą do Anglii. Tak też może i lecę do Polski lżejsza, tak powrót będzie zupełnie inny. Oczywiście wybrałam produkty do 100ml by przy odprawie nie było żadnych niemiłych niespodzianek.

Ulubionych perfum też tym razem nie spakuje – zamówiłam jeden zapach, którego tutaj nie dostanę. Z 6 paczek czeka na mnie w Polsce (Kochanie nie czytaj!). Chyba dobrze wykombinowałam? :D

Jako że jest to podróż do domu to nie muszę zabierać ze sobą pewnych rzeczy czy przedmiotów, bo po prostu one już tam są. Mowa tu między innymi o suszarce czy prostownicy. Czekają one na mnie a ja tym sposobem jestem posiadaczką dwóch zestawów tych przedmiotów do pielęgnacji włosów (być kobietą :D) Z ciuchów zawsze zabieram to, co aktualnie noszę, choć mimo to wybór zawsze sprawia mi trudność. A że W marcu jak w garncu to muszę tak skompletować swoją garderobę, by być przygotowaną na różną pogodę. Co prawda śledzę w telewizji warunki atmosferyczne na przyszły tydzień, ale nigdy nie mam gwarancji, że zastanę to, co synoptycy zapowiadają. (Z drugiej strony, nieplanowane zakupy jeszcze nikomu nie zaszkodziły :D)

Mam nadzieję, że o niczym nie zapomniałam podczas pakowania, a Wy życzcie Nam udanego urlopu i bezpiecznej podróży :*

Jeśli często podróżujesz i masz swoje sprawdzone sposoby na pakowanie kosmetyczki/walizki podziel się nimi w komentarzu. Może jest coś, co mogłabym ulepszyć, zmodyfikować lub zupełnie wyeliminować.
Do następnego! 

Bourjois CC Cream

Tak wiem, to nie jest odkrycie roku. A produkt ten na rynku jest od dawna, aczkolwiek wcześniej nie miałam jakoś ochoty go wypróbować. Podkład - krem nigdy nie kojarzyły mi się z czymś dobrym. Miałam zawsze sceptyczne nastawienie do takich produktów i w sumie nigdy nie zatrzymywałam się przy nich na dłużej. Traf chciał, że w moim posiadaniu znalazł się Krem CC od Bourjois. I powiem Ci szczerze, że absolutnie nie spodziewałam się niespodziewanego. Jesteś ciekawy jak ten podkład sprawdził się u mnie i co o nim myślę? Zapraszam Cię do dalszej części tekstu.

Czym są kremy, które w nazwie mają dwie litery alfabetu?
Krem CC to nic innego jak ColorCorrect lub ColorControl. Łączy w sobie właściwości kremu, podkładu i korektora. Najlepiej sprawdzi się u osób, które mają skłonności do cery z problemami – wrażliwa, tłusta czy naczynkowa. Ma na celu poprawę i wyrównanie kolorytu cery. Dobrze nawilża, matuje oraz dodaje blasku, a wszystko w zależności od składników.

Czy Bourjois CC Cream właśnie taki jest?


Nie mam większych problemów z cerą, jedyne, co mi przeszkadza to cienie pod oczami oraz zaczerwienienia przy policzkach, brodzie i na nosie (ogólnie mam wrażenie, że jakaś cała czerwona jestem niczym wódz plemienia pradawnych Indian). Dzięki temu podkładowi uzyskuje krycie, na jakim mi zależy a koloryt zostaje idealnie wyrównany. Lekka formuła sprawia, że nosząc cały dzień makijaż, nie czuję go na sobie. Jedyny problem, jaki dostrzegam, to fakt, iż po jakiś 4 godzinach muszę użyć bibułek na czoło, by zebrać niechciane sebum. 

Konsystencja podkładu jest rzadka, dlatego też wyciskam go bezpośrednio na twarz w postaci kilku małych punkcików, a następnie wklepuje przy pomocy gąbeczki (jajka). Dziubek, przez który wydostaje się produkt, sprawdza się do tego znakomicie. Podczas rozcierania palcami zostają nieestetyczne smugi 

Kolorystyka tych kremów wydaje mi się ograniczona. Do wyboru mamy jedynie 4 odcienie. Na szczęście mój kolor twarzy wpisuje się w te warianty i tak oto 031 Ivory jest dla mnie idealny. Mam bardzo jasną buzię, większość podkładów, które są niby najjaśniejsze bywają dla mnie za ciemne. Tworzy się wtedy niechciany efekt maski i wyglądam jak pajac – a tego stanowczo unikam.

REASUMUJĄC MOJE WYPOCINY

Otóż, ten krem, przy mojej wrażliwej cerze, sprawdza się fenomenalnie. Mam go w swoim posiadaniu od listopada zeszłego roku i mogę przyznać, że w najbliższym czasie nie zamienię go na żaden inny, (choć przyznam – zastanawia mnie jak się sprawdzi podczas ciepłych dni) Kolorystyka, konsystencja, formuła wszystko na duży plus. Dodaje wspomnianego blasku. Nie potrzebuje dodatkowych kosmetyków, sam w sobie jest idealnym wykończeniem makijażu. 

A czy Ty znasz ten produkt? Z miłą chęcią poczytam jak sprawdził się on u Ciebie, daj znać w komentarzu ;) Do następnego! ♥

instagram @karellauk

Copyright © Karella