L’Oréal True Match || Czy to podkład idealny?

W swoim życiu przerobiłam naprawdę wiele podkładów do twarzy. Ciągle poszukiwałam takiego, który spełni wszystkie moje oczekiwania. A przede wszystkim takiego, który będzie pasował kolorystycznie do mojej cery. Już nawet nie pamiętam jak dokładnie L’Oréal True Match znalazł się w moim posiadaniu i co skłoniło mnie do jego zakupu, ale tak jakby to nie jest istotne. Ważniejszy jest fakt, że ten gagatek już pod koniec zeszłego roku trafił w moje ręce. Ale oczywiście nie byłabym sobą, gdybym od razu dobrze dobrała odcień. Kupiłam go w jednej z angielskich drogerii stacjonarnie. Wybrałam odcień o nazwie Rose Ivory 1.C, który w sztucznym świetle pomieszczenia wydawał mi się idealny do mojego typu. Niestety tak nie było! Zaraz po jego aplikacji okazał się za ciemny na dzień dobry a do tego oksydował dość mocno robiąc z mojej twarzy pomarańczową plamę. Wiadomym było, że nie skorzystam z tego podkładu więcej tak tez wybrałam się na polowania raz jeszcze. Uparłam się na True Mutch - musiałam znaleźć właściwy odcień. Tym razem zdałam się na swój instynkt i bez większego biadolenia postanowiłam kupić Porcelaine 0.5N Czy to był odpowiedni wybór?
L’Oréal True Match Porcelaine 0.5C to podkład, na który długo czekałam. Ostatnimi czasy moja cera nie sprawia mi większych problemów. Dawno zapomniałam o większych ilościach wyprysków, które kiedyś niemal co chwilę szpeciły moją twarz. Owszem od czasu do czasu zdarzy się jakaś nieestetyczna krostka, ale w gruncie rzeczy mogę śmiało stwierdzić, że jest ona w nienagannym stanie. Nie potrzebuję dużego krycia, bardziej skupiam się na ujednoliceniu kolorytu na swej twarzy. Niektóre obszary, takie jak czoło, nos lub broda są zaczerwienione i dla własnego komfortu psychicznego z rana używam podkładu. Przeważnie dwa naciśnięcia pompki wystarczają mi w zupełności by zakryć oraz wyrównać to i tamto.

Produkt zamknięty jest w szklanej buteleczce. Wydobywamy go za pomocą pompki, która pracuje znakomicie. Mam już trzecie opakowanie (nie wliczając w to tego nietrafionego) tego podkładu i przy każdym z nich nie miałam z nią problemów. Szklany, przeźroczysty pojemniczek pozwala na kontrolowanie ilości produktu w środku. True Match nie osadza się na ściankach, w całości spływa na dno opakowania co pozwala na wyciśnięcie z niego niemal każdej kropli. Ciekawym jest fakt, gdy zawsze dobijam do jego dna, pompka zaczyna mi to sygnalizować. Podczas aplikacji końcówki produktu naciskając pompkę ta w taki nienaturalny sposób odskakuje pod moim palcem, co świadczy, że czas zrobić zapas.
Czym kieruje się przy wyborze podkładu do twarzy? Przede wszystkim chodzi mi o wyrównanie kolorytu, rozświetlenie mej cery oraz uniknięcia efektu maski. L’Oréal True Match zapewnia mi wszystkie te trzy priorytety, przy czym nie wysusza mojej skóry. Odcień 0.5N jest dla mnie właściwy. 
Ważny jest też fakt, że nie oksyduje na mojej buzi. A jeśli chodzi o trwałość to chciałabym się tutaj troszeczkę zatrzymać. Generalnie używam tego podkładu codziennie. Często dotykam swojej twarzy, lekko się drapiąc po policzku czy też czole lub na szyi. Podpieram swoją brodę, dotykając w ten sposób palcami dłoni swojego policzka.  Po zerknięciu w lusterko podkład jest ciągle na swoim miejscu. Jedyny problem jaki z nim mam to skrzydełka nosa. Już po kilku godzinach od wyjścia z domu, lekkie dotknięcie dłonią tej okolicy zmazuje niemal do zera produkt w tym miejscu. I generalnie nie mogę tego faktu rozgryźć. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje akurat w tej okolicy twarz. Po całym dniu w pracy podkład w 99% znajduje się na swoim miejscy. Czoło, broda policzki wszystko jest w nienaruszonym stanie. Natomiast okolica nosa wygląda jakby nie była pomalowana. Czy ktoś mógłby mi to wytłumaczyć?
Wracając do pozytywnych stron L’Oréal True Mach muszę tutaj koniecznie podkreślić, że produkt ten nie waży się na twarzy oraz nie wchodzi w zmarszczki. Na co dzień noszę okulary i miewam problem z podkładem pod noskami. W przypadku True Match nie mam żadnego przykrego doświadczenia z ciasteczkowaniem się fluidu pod powierzchnią okularów, która dotyka bezpośrednio mojej skóry na twarzy. 

Długo szukałam idealnego podkładu, takiego który będzie współgrał z moim kolorytem. Jestem osobą o bardzo bladej karnacji. Część cery jest zaczerwieniona a najjaśniejsze podkłady większości marek są dla mnie za ciemne. Odcinają się na szyi, tworząc efekt maski lub wymalowania niczym klaun. Po wykorzystaniu 3 opakowań L’Oréal True Match mogę śmiało stwierdzić, że ideał jednak istnieje. Cudownie wtapia się w moją skórę na twarzy bez pudrowego efektu. Cera po jego nałożeniu jest promienna z satynowym wykończeniem. Różnorodność gamy kolorystycznej jaką oferuje nam producent śmiało pozwoli znaleźć coś dla każdej z nas. Jest to produkt, który nie zmienia swojego tonu, podczas jego noszenia. Pomimo tej jednej wady (wycierania się w okolicy skrzydełek nosa)  jestem w stanie sięgnąć po niego 4, 5 czy 6 raz. Już tak mam, gdy coś mi podpasuje nie szukam zamienników.


A czy Ty znalazłaś swój idealny podkład, który ewentualnie mogłabym wypróbować u siebie? Podziel się swoimi perełkami w komentarzu pod tym postem :)

Nowości kosmetyczne | Czyli co przywiozłam ze sobą z Polski


Słuchajcie, to, że jestem kobietą to wiemy i to jest niepodważalny fakt. Ale to, że zakupów nie znoszę robić, zupełnie jak na kobietę nie przystało, to druga strona. Czasami jak patrzę na moją siostrę to mam wrażenie, że którąś z nas zamienili na porodówce. Ona na shoppingu czuje się jak ryba w wodzie, ja jak słoń w składzie porcelany. Lubię nowe ciuszki, produkty i inne przedmioty, które są nowe. Ale kompletnie nie znoszę paradowania po sklepach i wyszukiwania jakiś perełek. W lumpeksach to już inna bajka - I gdzie tu logika? :D Po przeprowadzce do Anglii zakupy kosmetyków i produktów do pielęgnacji stały się troszkę frustrujące, ze względu na poziom angielskiego. No nie powala na kolana i nie ma, co tu dużo się rozwodzić a jak powala to raczej nie z zachwytu. Wszelkie etykiety i opisy kremów, balsamów, toników i innych takich są dla mnie zagadkowe, albo stoję pod sklepową półką z produktem w jednej ręce i telefonem w drugie robiąc szybki translate by mieć pojęcie, o czym producent do mnie mówi, albo po prostu rezygnuję. Nie jest to komfortowe i zniechęca do odwiedzania angielskie drogerii :D
O marcowej wizycie w Polsce wiedziałam już na koniec stycznia – tak też i od wtedy zaczęłam przeglądać strony polskich producentów za kosmetykami, które po prostu zaczynały się kończyć lub się nie sprawdzały. Do Polski leciałam z lżejszym bagażem, o czym mogliście poczytać we wpisie Kosmetyczka w podróży. Natomiast pakowanie i kosmetyczki i walizki w drodze powrotnej sprawiło mi nie lada wyzwanie. Ale dałam radę! Co prawda znowu z pomocą i nauką przyszedł mi mój Partner, ale nie mniej jednak wszystko, co zakupione na polskiej ziemi wylądowało ze mną w angielskim domu JNie przeciągając już dłużej, poniżej prezentuje Ci moje zakupy. Aby było przejrzyście postanowiłam podzielić wszystko na kilka kategorii

PRODUKTY DO PIELĘGNACJI TWARZY
Dom mój gdzie serce moje – postawiłam na polskich producentów, bo przecież język polski jest mi taki zrozumiały. Tym sposobem w pielęgnacji cery przyszła mi, każdemu znana, polska marka Sylveco. Zaopatrzyłam się w kremy do buzi i na dzień i na noc. Ostatnio borykałam się z bardzo wysuszonymi i podrażnionymi policzkami. Twarz była skąpana w przeróżnych wypryskach i w sumie mam podejrzenia, co mogło być przyczyną, ale o tym innym razem. Szukając idealnego kremu zdecydowałam się na polskich producentów i w sumie nie żałuję. Łagodzący krem na noc przyniósł ukojenie niemal po pierwszej aplikacji. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona jego działaniem i przyznam, że muszę mieć każdy produkt z różowej serii od Sylveco. Na dzień wybrałam Wzmacniający krem z ekstraktem z owoców borówki, który ma za zadanie wyrównać koloryt skóry. I idzie mu całkiem dobrze. Myślę, że mamy tutaj ulubieńców, ale powiem o nich znacznie więcej, po dłuższym ich stosowaniu. Aha i muszę pochwalić markę za wysyłkę. Poza zamówionymi przeze mnie produktami w paczce znalazłam ogrom przeróżnych próbek, piękne firmowe broszury, w których jest dużo informacji odnośnie ich produktów oraz małe, co nieco dla łasuchów, mianowicie cukierki krówki J Duży plus – moje zamówieni przyszło bardzo szybko. Tutaj macie link do bezpośredniej strony KLIK, Jeśli chodzi o kremy do twarzy to zamówiłam jeszcze słoiczek regenerującego kremu – olejku z czarnuszki od Tołpa Lubię produkty tej marki i jeszcze nigdy nie miałam z nimi przykrych doświadczeń. Ciekawa jestem jego działania.
Maseczki to kolejne produkty z kategorii pielęgnacja twarzy.
Uwielbiam jednorazowe maski. I tym sposobem mamy tutaj 16 takich saszetek (4 podwójne) plus trzy z większą pojemnością. Jako ze jestem zakochana w maseczkach od marki Tołpa tak i tym razem nie mogło ich u mnie zabraknąć Zdecydowałam się jak zawsze na niezastąpioną maskę regeneracyjną. Są na prawdę rewelacyjne i przynoszą szybkie ukojenie. Do tego dodałam maskę nawilżająco – łagodzącą oraz tą z serii oczyszczającej.
Masek z firmy Perfecta nie znam, ale zdecydowałam się na dwa rodzaje Rozświetlenie i Odżywienie, które przydadzą się po tej jakże męczącej zimie. Kolejne maski to Czyste Piękno i ich jogurtowe intensywne odżywienie oraz aktywny lifting – wzięłam, bo były na promocji w Biedrze, chyba jakieś 2zł za sztukę :D Przetestujemy – poinformujemy cóż to za cuda. Ziaja to chyba gratis do zamówienia, – ale trafili Maseczka kojący kompres dla skóry wrażliwej idealna na moją obecnie podrażnioną cerę. Maseczka pod oczy – ciągle szukam czegoś na moje kurze łapki, ale chyba nie znajdę niczego skutecznego poza botoksem. Chyba, że się z nimi pogodzę i uznam za swój atut urody :D Ale wzięłam coś tam z Rossmanna, niby redukuje głębokie zmarszczki – no zobaczymy.

Przyszedł czas na pełnowymiarowe maseczki, po które sięgam bardzo rzadko, ale tym razem się skusiłam, – bo promocja i coś nowego do użycia.
Babcia Agafia i jej maska – lifting do twarzy. 100ml/6,60 zł Czytałam o tych maskach same pozytywne opinie, tak więc przekonam się teraz na własnej skórze cóż to za naturalny wynalazek ;)
Biała glinka od Biomare tutaj będzie wyższa szkoła jazdy, jeśli chodzi o przygotowanie tej maski. Mówią, żeby lepiej dodać mniej wody aniżeli dosypywać produktu. Zgodzisz się? A i słyszałam również, że najlepiej tworzyć maski z glinki/alg w miseczkach sylikonowych, tak więc muszę sobie takowe sprawić. Rossmann 50g/7,59 zł
Czarna róża od Tołpa może i nie pełnowymiarowa, bo ma 25 ml, ale na pewno wystarczy na kilka aplikacji. Przyznam się szczerze, że nie pamiętam ile kosztowała, ale wydaje mi się, że cena nie przekroczyła 10 złoty.

PRODUKTY DO PIELĘGNACJI STÓP
Niezastąpiony pumeks z Avonu. Jest to któryś z kolei i jeszcze ani razu mnie nie zawiódł. Posiada dwie gradacje. Drobniejsza i delikatniejsza, która wygładza i zapobiega efektowi takiej poszarpanej skóry. I druga ostrzejsza z grubymi ziarnami ścierania, która umożliwia dokładne usunięcie zgrubiałego naskórka. Kolejne produkty w jednorazowych saszetkach Perfecta Zabieg zmiękczający i regenerująco-kojący.  Do niedawna stawiałam na skarpetki złuszczające, ale przyznam, że niezbyt estetyczne są stopy, gdy przez tydzień martwy naskórek schodzi z nich niczym skóra z węża. W tym roku jednak nie skuszę się na nie. Bardzo ciekawi mnie działanie zabiegów od Perfecta.

PRODUKTY DO PIELĘGNACJI DŁONI
Czy wspominałam, że nie byłabym sobą gdybym czegoś nie zapomniała pakując walizkę do Polski? A no właśnie, nie wzięłam swojego ulubieńca i byłam zmuszona kupić nowy krem do rąk. Nie mogłam znaleźć Neutrogena z maliną nordycką, więc w któreś z kolei drogerii w swoim mieście poprosiłam ekspedientkę by poleciła mi coś godnego uwagi. Po wysłuchaniu moich potrzeb i oczekiwań, co do kremu, Pani w lokalnym sklepiku podała mi krem Lirene Jedwab morski i co? I klops! Poza błyskawicznym wchłanianiem ten krem nie robi nic innego. Zero nawilżenia i odżywienia. Skórki przy paznokciach jak były suche tak po zastosowaniu nadal takie były. Dłonie po użyciu kremu są po prostu nijakie a skóra ściągnięta.
Pełnowymiarowy peeling do dłoni od polskiej marki to zupełna nowość. Jak już wspomniałam kremy Sylveco zaskoczyły mnie pozytywnie, w przypadku tego peelingu nie mogło być inaczej. Już po pierwszym użyciu skóra jest nawilżona i otulona warstwą ochronną.
Produkty w saszetkach zagościły u mnie na dobre. Ziaja i nowości. Parafinowe peelingi i maski do rąk – jeszcze nie miałam okazji wypróbować. Znasz je?

Jak już jesteśmy w tematyce pielęgnacji dłoni to należałoby wspomnieć o produktach, które zadbają o moje paznokcie. Ostatnio stawiam na ich regeneracje i poprawę kondycji, odstawiłam na jakiś czas hybrydy i żele. Kruche i łamliwe paznokcie podratuje mi Celia Nail Expert Hydra-Basa 5in1. Jestem w trakcie kuracji, więc nie powiem za dużo, ale myślę, że powstanie osobny post. Wiecie, niby paznokcie są w mini detoksie, ale przecież to nie zwalnia mnie z zakupów u Semilaca – jestem mega ciekawa nowej bazy Extend tak też przy okazji kupiłam ją sobie, tak samo jak odżywkę do paznokci SPA for Man Nail Strengthener. A podczas zakupów na YvesRocher w gratisie dostałam lakier do paznokci w kolorze pięknej głębokiej czerwieni.

PRODUKTY DO MAKIJAŻU
Tutaj nie poszalałam i zafundowałam sobie tylko 4 kosmetyki w tej dziedzinie. Dwie pomadki – jedna w płynie Grand Rouge, która została wzbogacona o odżywczy olejek kameliowy i łączy właściwości pielęgnacyjne z doskonałym kryciem.  Aksamitna i bardzo delikatna, idealna na co dzień. Łatwa w naniesieniu na usta, dzięki aplikatorowi - i bardzo cudnie się 'zjada'. Trwałość do nawet 5h. Druga pomadka to Matowa pomadka Grand Rouge – czekała na zdjęcie, więc jeszcze nieużyta :D
Korektor pod oczy Kryjąco – rozświetlający Eveline Argan Oil cóż by tu powiedzieć? Zależało mi na kryciu i na tym by produkt nie osadzał się w zmarszczkach, ani nie ‘rolował’. No i znalazłam! W dodatku bardzo fajnie rozjaśnia skórę wokół oczu. Naprawdę polecam.
W swojej kosmetyczce nigdy nie miałam kosmetyku, który rozświetliłby moją twarz. Postanowiłam to zmienić i tak oto zachwalany rozświetlasz o chłodnym odcieniu od Lovely znalazł się w moim posiadaniu. Myślę, że będzie to przyjaźń na wiele miesięcy.
Przy okazji dodam, że stałam się posiadaczką dwóch nowych pędzli z Avonu – jeden do brwi, drugi do rozświetlacza ;)

POZOSTAŁE PRODUKTY
Jak wiecie do Polski leciałam samolotem, tak więc moje bagaże były znacznie ograniczone (nie wykupiłam bagażu do luku, co z automatu ograniczyło mnie w przewożeniu produktów wyłącznie do 100 ml – takie procedury). Ale nie przeszkodziło to w tym bym zaopatrzyła się w Krem do depilacji Ziaja – zmagam się z bardzo wrażliwą skórą w okolicach bikini, chciałabym wypróbować czegoś delikatniejszego niż hardcorowa maszynka do golenia, która pozostawia dużo podrażnień w tych miejscach. Swoją drogą zastanawiam się na zabiegiem epilacji by pożegnać uporczywe włoski z niechcianych miejsc.
Jeśli chodzi o ziaję to również chciałam wypróbować reduktor pierwszych różowych rozstępów i rozstępów trwałych. Moje ciało wydało na świat dziecko, co pozostawiło trwały ślad na pewnych partiach mojego ciała. Ciekawi jesteście gdzie będziemy zwalczać ów rozstępy? Zapraszam do śledzenia mnie w sieci, bo na pewno napiszę recenzję o Multi Modeling firmy Ziaja ;) 
Internet szaleje na punkcie naturalnych produktów, to i ja zaszalałam – zafundowałam sobie Naturalną pastę do zębów bez fluoru, która oczyszcza, łagodzi, odświeża i nie podrażnia – no zobaczymy oraz peeling do ust firmy Evree.
Lecąc do Polski Małż rzucił się i zasponsorował perfumy, tak przy okazji minionego dnia kobiet. Calvin Klain Sheer Beauty już od dłuższego czasu za mną chodził. Kwiatowo – owocowy zapcha przywołuje ciepłe majowe popołudnie. Bardzo mocno wyczuwalne piżmo, jaśmin i bergamotka. Natomiast zapach z Oriflame Lucia to również zapach późnej wiosny, wszystko za sprawą zamkniętego w eleganckiej buteleczce zapachu białego bzu.
Kolejnym kosmetykiem do testowania będzie serum do rzęs marki Eveline, jakoś niespecjalnie ingerowałam w wygląd swoich rzęs – mój pierwszy raz nadszedł. Opowiem Wam o działaniu tej odżywki jak minie więcej czasu.
Podczas moich zakupowych szaleństw nie zapomniałam o swoich włosach. Bioelixire i jego dwa olejki to produkty z Rossmanna (widziałam je też w Biedronce). Olejek z czarnuszki przypadł mi do gustu. Naniesiony na wilgotne włosy zapobiega elektryzowaniu się ich. W dotyku są delikatne i miękkie. Przyjemnie sypkie pod palcami. Arganowego olejku jeszcze nie stosowałam. Jedyne, nad czym ubolewam to pojemność. 20 ml to zdecydowanie za mało. I szkoda, że nie mają dozownika. Duży otwór powoduje brak kontroli w aplikacji. Wiecie, przechylasz a tam leci i leci i leci :D
No i nieszczęsna szczotka zakupiona w promocji 2+2. Jeśli śledzisz mnie na Instagramie mogłeś przekonać się jak szczotka z uwalnianą keratyną mega mocno elektryzuje włosy, choć drogeria na swoim IG pisała zupełnie coś innego > Gadżet For Your Beauty uwalnia podczas czesania keratynę, która chroni przed uszkodzeniami i zapobiega elekryzowaniu się włosów.” Nie mogłam jej zwrócić, gdyż produkty z promocji nie podlegają zwrotowi. Tak też pozostałam z kiepskiej jakości szczotką w swoim posiadaniu.

Ufff przebrnęłam przez to wszystko, a jeśli i Ty dotrwałaś do końca to bardzo się cieszę (: Tak prezentują się nowości kosmetyczne w marcu. Jeśli chcecie jeszcze kiedyś poczytać o moich nowościach kosmetycznych dajcie znać w komentarzu. Rozmyślam czy ewentualnie nie podzielić przyszłych postów na kategorie. No dziś tego jest tutaj ogrom. Szkoda, że pisanie pracy magisterskiej nie przyszło mi z taką łatwością J Mam nadzieję, że o niczym nie zapomniałam a tekst Ci się spodobał.

PS W ramach podziękowania, że jesteście ze mną mam dla Was małe, szybkie rozdanie na swoim profilu na Instagram. Zapraszam serdecznie > KLIK

Do następnego!

Kosmetyczka w podróży, czyli pakuję się!

Podróże same w sobie są bardzo fajne. Lubię być w trasie z jednego powodu – endorfiny. Dodatkowa ich dawka bardzo zalecana i wskazana. Pomimo iż podróże bywają męczące to dają pozytywnego kopa.
Jak samo podróżowanie jest spoko, tak już pakowanie nie koniecznie zaliczam do tej kategorii. Zawsze odnoszę wrażenie, że w mojej walizce jest za mało lub za dużo rzeczy.
Nie wszyscy wiecie, że 8 miesięcy temu przeprowadziłam się do Anglii. W tym odbyłam dwie podróże do domu rodzinnego i dziś szykuje się kolejna. Te trzy razy nie nauczyły mnie jeszcze jak prawidłowo spakować walizkę. Tego nadal uczy mnie mój Partner, który tę sztukę opanowaną ma do perfekcji. Wie jak pakować plecak, tak by pomieścić maksymalną ilość ciuchów przy ograniczeniu wagowym. Lecimy na 7 dni z bagażami podręcznymi. Na każdego z nas przypada po 10 kilogramów, więc nie ma co panikować i dokupować jakiś dodatkowy bagaż do luku. Niestety te podręczne mają to do siebie, że przeróżne płyny mogą być przewożone jedynie w pojemności do 100 ml.  

Zastanawiacie się, co w takim przypadku zabiorę w swojej kosmetyczce? Już mówię. Kwestia kosmetyków, które lecą ze mną, bywa różna. Jadę do domu a nie do hotelu, dlatego też moja kosmetyczka tym razem będzie nieco szczuplejsza. Przeważnie po każdej mojej wizycie, pewne kosmetyki zostają i czekają na następny raz. Dla pewności wysyłam siostrę na zwiady, by sprawdziła, co konkretnie znajduje się w szafce z kosmetykami.

Na ten wyjazd spakowałam dwie kosmetyczki. Nie ze względu na nadmiar kosmetyków. To przez środek transportu. Pewnie gdybym jechała pociągiem wszystko znalazłoby się w jednej. Niestety podczas lotu samolotem z bagażem podręcznym wszelkie płyny muszą być przy odprawie wyciągnięte i prześwietlone (czy co oni tam z nimi robią). 
Tak też pierwsza kosmetyczka zawierać będzie moje niezbędniki do wykonania makijażu. Spektakularnych wyjść nie planujemy, może jedynie zaliczymy kino z moim Lubym, do czego nie potrzebuje wieczorowego makijażu. Ewentualnie maźnę oko cieniem i użyje mocniejszej szminki. Wiecie tak by być bardziej sexi :D. No i wiadomo, spotkania z rodziną czy przyjaciółmi to nie wystąpienie w Telekamerach. Tutaj postawię na makeup No makeup lub po prostu coś najzwyczajniej w świecie delikatnego. Poza tym ja nie lubię zbytniej ingerencji we własną naturę i staram się nie kłaść tony szpachli by całkowicie zmienić swoją twarz ;)

W tej kosmetyczne znajdziecie podkład, o którym już Wam wspominałam tutaj – KLIK. Zrobię przy okazji mały Edit, – jeśli posiadasz jakieś bliżej niezidentyfikowane osobniki (czytaj pryszcze) to się nie łudź, że ten krem je zakryje. W takim przypadku krycie to on ma znikome. A wiem, bo moja nieskazitelna (do teraz) twarz została zaatakowana przez kilka okazów i zakrycie ich przy pomocy tego kremu graniczyło z cudem.

Róż i puder transparenty to produkty, bez których nie potrafię się obyć w makijażu. Będą to róż od Wibo i puder z firmy Constance Carroll, któremu jestem wierna długie lata. Przy mojej bardzo jasnej karnacji wszystko ciężko mi dopasować.

Brwi traktuje zawsze cieniami do tego przeznaczonymi. W moim przypadku są to te z Avon - wyjątkiem są dni, kiedy siostra strzeli mi w gratisie hennę J Swoją drogą, próbowałam tej pomady z Wibo, ale niestety ta konsystencja nie nadaje się dla mnie. Jestem posiadaczką dość gęstych i długich włosków brwiowych. Po pomalowaniu wyglądały jakby były mokre i ulizane – nie moje klimaty.

Tusz do rzęs, który czasami wystarczy sam w sobie by opuścić mieszkanie. O nim słów kilka znajdziecie tutaj – KLIK.

Cienie do powiek Avon, a właściwie jeden cień. Nie jestem makijażowym guru. Nie potrafię wykorzystać więcej niż dwa kolory, – nad czym ubolewam, bo palety Kobo, NYX czy Revolution kuszą by mieć je w swoim posiadaniu. No, ale nie kupię czegoś tylko po to, aby się na to gapić i nie wykorzystać w całości.

Do tego grona dorzucę korektor oraz trzy szminki z Avon. Oczywiście nie zapomnę o pędzlach by wykonać ów makijaż. Będą to odpowiednio gąbeczka do podkładu, pędzel do pudru, różu, brwi oraz ten do blendowania cieni. No! Można zapiąć i wrzucić do walizki. Zrobione - odhaczone J
Przyszedł czas na kosmetyki do pielęgnacji ciała. Przed wyjazdem zakupiłam podróżne sety do samolotu (jak wspominałam można wziąć w buteleczce tylko 100ml produktu płynnego). Ku mojemu zaskoczeniu w domu po mojej ostatniej grudniowej wizycie, produktów z tej grupy zostało dość sporo. I tak oto w kosmetyczce numer dwa (ta, która przy odprawie musi wylądować na zewnątrz) pojedzie ze mną jedynie płyn micelarny Nivea, płyn do higieny intymnej (testuje coś nowego, dlatego też nie będę mówić na razie o nim) oraz krem pod oczy (w oryginalnym pojemniczku, bo pojemność się zgadza). Tak teraz sobie myślę, że chyba podkład też powinien się tutaj znaleźć (?)

Możliwe, że zastanawiasz się, dlaczego nie wspominam nic o kremach do twarzy. Już tłumaczę. Z racji tego, iż obecny krem na dzień to dno, a krem na noc dobija do dna (denko), postanowiłam zamówić parę rzeczy od polskich producentów i je przywieźć ze sobą do Anglii. Tak też może i lecę do Polski lżejsza, tak powrót będzie zupełnie inny. Oczywiście wybrałam produkty do 100ml by przy odprawie nie było żadnych niemiłych niespodzianek.

Ulubionych perfum też tym razem nie spakuje – zamówiłam jeden zapach, którego tutaj nie dostanę. Z 6 paczek czeka na mnie w Polsce (Kochanie nie czytaj!). Chyba dobrze wykombinowałam? :D

Jako że jest to podróż do domu to nie muszę zabierać ze sobą pewnych rzeczy czy przedmiotów, bo po prostu one już tam są. Mowa tu między innymi o suszarce czy prostownicy. Czekają one na mnie a ja tym sposobem jestem posiadaczką dwóch zestawów tych przedmiotów do pielęgnacji włosów (być kobietą :D) Z ciuchów zawsze zabieram to, co aktualnie noszę, choć mimo to wybór zawsze sprawia mi trudność. A że W marcu jak w garncu to muszę tak skompletować swoją garderobę, by być przygotowaną na różną pogodę. Co prawda śledzę w telewizji warunki atmosferyczne na przyszły tydzień, ale nigdy nie mam gwarancji, że zastanę to, co synoptycy zapowiadają. (Z drugiej strony, nieplanowane zakupy jeszcze nikomu nie zaszkodziły :D)

Mam nadzieję, że o niczym nie zapomniałam podczas pakowania, a Wy życzcie Nam udanego urlopu i bezpiecznej podróży :*

Jeśli często podróżujesz i masz swoje sprawdzone sposoby na pakowanie kosmetyczki/walizki podziel się nimi w komentarzu. Może jest coś, co mogłabym ulepszyć, zmodyfikować lub zupełnie wyeliminować.
Do następnego! 

One double effect - tusz do rzęs od Oriflame



Dobry tusz do rzęs to najważniejszy element makijażu oraz najprostszy sposób by przyciągnąć spojrzenia i podkreślić piękno swych oczu. Jak już znajdę mascarę, która leży mi pod każdym względem to niechętnie sięgam po coś innego i nowego. Przeważnie jestem wierna danemu tuszowi bardzo długie miesiące. W swoim posiadaniu miałam kilka perełek, ale jak zawsze po jakimś czasie zaczynały się problemy. Idealny tusz stawał się znienawidzonym produktem w danym czasie. Szczypanie i nieprzyjemne pieczenie to nie efekt pogorszającego się stanu twojego wzroku, winny może być tusz. To znak, że należy zacząć rozglądać się, za czym nowym. Tak było i parę miesięcy temu. Po długoterminowym oddaniu tuszowi od MaxFactor 2000 Calorie, przyszedł czas na zmianę

The ONE Double Effect
Czy to idealna mascara? Wszystko zależy od tego, jaki efekt chcesz osiągnąć i na czym Ci w danym momencie zależy najbardziej. Ja stawiam na naturalne podkreślenie, wyraziste spojrzenie i klasyczną szczoteczkę (nigdy nie przekonam się do silikonu – zawsze kończy się na podrażnieniach). Dzięki One Double Effect osiągam swoje zamierzenia. Idealnie rozczesuje, przy czym nie skleja. Z delikatną precyzją wydłuża moje krótkie rzęsy, nie pozostawiając na nich grudek!
Wiedziałeś, że to dwie szczoteczki w jednym? Jak sama nazwa wskazuje podwójny efekt, który można osiągnąć poprzez dwuelementową nakrętkę. Dzięki niej możesz regulować ilość tuszu. Albo wydłużysz swoje rzęsy, albo zwiększysz ich objętość. Zawsze możesz połączyć efekt stosując najpierw pierwszy wariant a następnie drugi. Choć mnie ten sposób nie przypadł do gustu i pozostaję przy wydłużeniu.
Fenomenem jest to, że już nie muszę ocierać szczoteczki o wlot, aby zebrać nadmiar produktu. Od zawsze szukałam tuszu, który po odkręceniu będzie od razu gotowy do aplikacji. Tak jest w przypadku z Oriflame. Co jest po prostu fantastycznym rozwiązaniem. Ciekawa jestem Waszej opinii w tym temacie. Uważasz, że dwuskładnikowa nakrętka jest genialnym rozwiązaniem, czy jednak preferujesz większą ilość produktu podczas nakładania na rzęsy? W ciągu dnia zachowuje się nienagannie. Nie kruszy się ani tez nie pozostawia brzydkich rozmazanych cieni na dolnej powiece. Genialny produkt zamknięty w bardzo eleganckim opakowaniu
CENA: 8ml/39, 99 zł 
bywa często w promocji, choć uważam, że wart jest swojej regularnej ceny ;)

Do następnego! 




Bourjois CC Cream

Tak wiem, to nie jest odkrycie roku. A produkt ten na rynku jest od dawna, aczkolwiek wcześniej nie miałam jakoś ochoty go wypróbować. Podkład - krem nigdy nie kojarzyły mi się z czymś dobrym. Miałam zawsze sceptyczne nastawienie do takich produktów i w sumie nigdy nie zatrzymywałam się przy nich na dłużej. Traf chciał, że w moim posiadaniu znalazł się Krem CC od Bourjois. I powiem Ci szczerze, że absolutnie nie spodziewałam się niespodziewanego. Jesteś ciekawy jak ten podkład sprawdził się u mnie i co o nim myślę? Zapraszam Cię do dalszej części tekstu.

Czym są kremy, które w nazwie mają dwie litery alfabetu?
Krem CC to nic innego jak ColorCorrect lub ColorControl. Łączy w sobie właściwości kremu, podkładu i korektora. Najlepiej sprawdzi się u osób, które mają skłonności do cery z problemami – wrażliwa, tłusta czy naczynkowa. Ma na celu poprawę i wyrównanie kolorytu cery. Dobrze nawilża, matuje oraz dodaje blasku, a wszystko w zależności od składników.

Czy Bourjois CC Cream właśnie taki jest?


Nie mam większych problemów z cerą, jedyne, co mi przeszkadza to cienie pod oczami oraz zaczerwienienia przy policzkach, brodzie i na nosie (ogólnie mam wrażenie, że jakaś cała czerwona jestem niczym wódz plemienia pradawnych Indian). Dzięki temu podkładowi uzyskuje krycie, na jakim mi zależy a koloryt zostaje idealnie wyrównany. Lekka formuła sprawia, że nosząc cały dzień makijaż, nie czuję go na sobie. Jedyny problem, jaki dostrzegam, to fakt, iż po jakiś 4 godzinach muszę użyć bibułek na czoło, by zebrać niechciane sebum. 

Konsystencja podkładu jest rzadka, dlatego też wyciskam go bezpośrednio na twarz w postaci kilku małych punkcików, a następnie wklepuje przy pomocy gąbeczki (jajka). Dziubek, przez który wydostaje się produkt, sprawdza się do tego znakomicie. Podczas rozcierania palcami zostają nieestetyczne smugi 

Kolorystyka tych kremów wydaje mi się ograniczona. Do wyboru mamy jedynie 4 odcienie. Na szczęście mój kolor twarzy wpisuje się w te warianty i tak oto 031 Ivory jest dla mnie idealny. Mam bardzo jasną buzię, większość podkładów, które są niby najjaśniejsze bywają dla mnie za ciemne. Tworzy się wtedy niechciany efekt maski i wyglądam jak pajac – a tego stanowczo unikam.

REASUMUJĄC MOJE WYPOCINY

Otóż, ten krem, przy mojej wrażliwej cerze, sprawdza się fenomenalnie. Mam go w swoim posiadaniu od listopada zeszłego roku i mogę przyznać, że w najbliższym czasie nie zamienię go na żaden inny, (choć przyznam – zastanawia mnie jak się sprawdzi podczas ciepłych dni) Kolorystyka, konsystencja, formuła wszystko na duży plus. Dodaje wspomnianego blasku. Nie potrzebuje dodatkowych kosmetyków, sam w sobie jest idealnym wykończeniem makijażu. 

A czy Ty znasz ten produkt? Z miłą chęcią poczytam jak sprawdził się on u Ciebie, daj znać w komentarzu ;) Do następnego! ♥

instagram @karellauk

Copyright © Karella