Koszmarny Karolek || Nasza opinia

Choć bohater znany jest już czytelnikom od prawie 30 lat to ja mam przyjemność poznać się z nim dopiero teraz 😬

Nasze pierwsze spotkanie z tak niepoprawną książka. 🙊 Tak, dobrze czytacie Koszmarny Karolek to książka, w której wzorce do naśladowania dla dzieci nie występują. Mamy tutaj opowiadanie o bardzo niesfornym chłopców w wieku szkolnym 😂 Można by wnioskować, że to co się dzieje w tej książce to jakieś jedno wielkie nieporozumienie 🤪 Nawet dóbr imion bohaterów nie jest przypadkowy. Jeśli jeszcze nie znacie to koniecznie Sami musicie poznać perypetie Koszmarnego Karolka i jego bandy: Wrednej Wandzi, Jędzowatej Jadzi czy Doskonałego Damiana... 😂

'Koszmarny Karolek i napad na bank' to zbiór czterech opowiadań, w których tytułowy bohater zaskakuje pomysłowością. Mamy tutaj przepełnioną po brzegi żartami, dobrym humorem i zaskakującymi zwrotami akcji świetną pozycje dla starszych dzieci! Zachowanie jakie prezentuje Karolek pozostawia wiele do życzenia, ale czy to powód by przekreślić książkę? Skądże! 

W części, którą mialam okazję przeczytać  Koszmarny Karolek ma fantazje by stać sie obrzydliwie bogatym. Bo jak sam zauważył 'doskonale wydaje pieniądze ale fatalnie idzie mi ich zarabianie' i ten fakt jest dość mocno niesprawiedliwy w ocenie chłopca. Czy Wredna Wandzie pokrzyżuje mu te plany?

Historia głównego bohatera odbiega od kanonu spotykanego w literaturze dziecięcej. Ale czy jest w tym coś złego? 

Absolutnie nie! Dzieci są różne i różnie reagują w danych momentach i sytuacjach. Nikt nie jest taki sam i nie ma takiego samego odbioru rzeczywistości. A książkę należy traktować z przymrużeniem oka. Ubawiłam się podczas tej lektury ☺️

Poleciła bym ją dla rozluźnienia i odwrócenia swojej uwagi od codzienności ☺️


Wydawnictwo: Znak

Kosmetyki marki Cztery Szpaki


Witajcie Kochani! 

Ależ powiało pustką na blogu. Ostatnio długo nic tutaj nie publikowałam., Mam nadzieję, że wybaczycie mi moją nieobecność. Dzisiaj przychodzę do Was z kosmetycznymi nowinkami, które miałam możliwość w ostatnim czasie nabyć. Zapraszam do lektury. Poznacie moją opinię na temat naturalnych kosmetyków marki 4Szpaki, które w ostatnim czasie przyleciały do mnie prosto z Polski.


Peeling Róża i Baobab o bardzo przyjemny a zarazem intensywnym, orzeźwiający zapach. Jest peelingiem gruboziarnistym, stosunkowo mocno ostrym. To zupełna nowość w mojej kosmetyczce. Przeważnie wybieram peelingi cukrowe o delikatnych drobinkach, tak by nie podrażniały mojej skóry Ten produkt bardzo słabo reaguje z ciepłą wodą. Wspomniane drobinki nie chcą się rozpuścić w wodzie. Po jego wmasowaniu, wszystkie zawarte w nim oleje bardzo ciężko spłukać z ciała. Marzą się i tworzą białą smugę na ciele. By się jej pozbyć muszę używać gąbki do kąpieli. Nie przekreślam go z tego powodu, ponieważ spełnia swoją funkcję a po jego zastosowaniu skóra jest przyjemnie natłuszczona. Delikatny film, który zostaje po użyciu peelingu wchłania się stosunkowo szybko po kąpieli. Dzięki czemu skóra jest delikatnie nawilżona oraz miękka w dotyku. Nie polecam ci go, jeśli jesteś posiadaczką wrażliwej skóry. Nie nadaje do użycia się przed oraz tuż po depilacji. Czy sięgnę po niego raz jeszcze? Raczej nie. Duże, ostre drobinki nie są moim sprzymierzeńcem. Ciężko się go aplikuje, większość spada do wanny i to z pewnością przez fakt, że nie reaguje w ogóle z ciepłą wodą Moim zdaniem peeling nie jest wydajny.


Naturalny dezodorant w kremie to mój hit hitów! Kremowa, gęsta i elastyczna konsystencja dezodorantu jest genialna. Przypomina bardziej pastę niż krem. Nigdy dotąd nie miałam styczności z produktem o takiej strukturze. Z łatwością się rozprowadza. Nie musisz czekać aż się wchłonie. Ten produkt automatycznie wtapia się w skórę, bez obaw, że ubrudzisz ubrania. Dezodorant dzięki swojej konsystencji jest produktem suchym. Z pewnością pozostawia świeżość przez wiele godzin. Neutralizując nieprzyjemny zapach. Po depilacji koi bardzo wrażliwą skórę i nie podrażnia jej. Jeśli obawiasz się o mokre plamy na swoich ubraniach, mogę zapewnić Cię, że ich nie będzie. Jestem bardzo zadowolona z wyboru tego dezodorantu. 


Ponad pół roku temu zmieniłam pielęgnację okolic pach. Zrezygnowałam z antyperspirantów bez których wcześniej nie wyobrażałam sobie funkcjonowania. Teraz stawiam na produkty naturalne. Marka Cztery Szpaki i ich naturalny dezodorant w kremie sprostał moim oczekiwaniom. To mój pierwszy dezodorant w szklanym pojemniczku bez aplikatora Na początku stuknęłam się w głowę z myślą „W jaki sposób mam go sobie nałożyć?”. To tylko uprzedzenia w mojej głowie, które szybko przepędziłam. Produkt aplikuję przy użyciu palca, tak jak balsam czy kremy do twarzy. Nic trudnego. Wystarczy nanieść niewielką ilość na palce i wmasować w skórę pod pachami. 



Ostatnim produktem, który postanowiłam przetestować jest Mydło naturalne z masłem kakaowym i lanoliną. Przyznam szczerze, że rzadko sięgam po mydła w kostce. Odkąd na rynku pojawiły się przeróżne mydła w pojemniku z pompką, przeważnie sięgałam właśnie po takie. Spróbowałam czegoś nowego i przyznam, że jestem mile zaskoczona. To naturalne mydło z masłem kakaowym i lanoliną jest bezzapachowe, choć nazwa mogłaby świadczyć o czymś zupełnie innym. Delikatnie obmywa ciało z zanieczyszczeń, pozostawiając skórę miękką w dotyku. Nie podrażnia ani też nie sprawia, że skóra woła o natychmiastowe nawilżenie balsamem. Wykorzystałam je do mycia ciała mojej pięcioletniej córki. Nie zaobserwowałam niepożądanych reakcji na produkt. Śmiało mogę go polecić do pielęgnacji skóry dla dzieci. Chętnie wypróbuję inne naturalne masła w kostce tej marki.


Wszystkie trzy produkty miałam okazję testować dzięki uprzejmości firmy FRYZOMANIA. Jak wspomniałam na samym początku, marka przesłała mi wybrane przeze mnie produktu bym mogła w domowym zaciszu przekonać się na własnej skórze o ich działaniu. Strona FRYZOMANIA oferuje szeroką gamę produktów do pielęgnacji całego ciała. Ponad to możecie znaleźć tam sprzęty i akcesoria fryzjerskie oraz kosmetyczne.

Peeling Róża i Baobab – KLIK

Naturalny dezodorant w kremie – KLIK

Naturalne mydło z masłem kakaowym i lanoliną - KLIK



L’Oréal True Match || Czy to podkład idealny?

W swoim życiu przerobiłam naprawdę wiele podkładów do twarzy. Ciągle poszukiwałam takiego, który spełni wszystkie moje oczekiwania. A przede wszystkim takiego, który będzie pasował kolorystycznie do mojej cery. Już nawet nie pamiętam jak dokładnie L’Oréal True Match znalazł się w moim posiadaniu i co skłoniło mnie do jego zakupu, ale tak jakby to nie jest istotne. Ważniejszy jest fakt, że ten gagatek już pod koniec zeszłego roku trafił w moje ręce. Ale oczywiście nie byłabym sobą, gdybym od razu dobrze dobrała odcień. Kupiłam go w jednej z angielskich drogerii stacjonarnie. Wybrałam odcień o nazwie Rose Ivory 1.C, który w sztucznym świetle pomieszczenia wydawał mi się idealny do mojego typu. Niestety tak nie było! Zaraz po jego aplikacji okazał się za ciemny na dzień dobry a do tego oksydował dość mocno robiąc z mojej twarzy pomarańczową plamę. Wiadomym było, że nie skorzystam z tego podkładu więcej tak tez wybrałam się na polowania raz jeszcze. Uparłam się na True Mutch - musiałam znaleźć właściwy odcień. Tym razem zdałam się na swój instynkt i bez większego biadolenia postanowiłam kupić Porcelaine 0.5N Czy to był odpowiedni wybór?
L’Oréal True Match Porcelaine 0.5C to podkład, na który długo czekałam. Ostatnimi czasy moja cera nie sprawia mi większych problemów. Dawno zapomniałam o większych ilościach wyprysków, które kiedyś niemal co chwilę szpeciły moją twarz. Owszem od czasu do czasu zdarzy się jakaś nieestetyczna krostka, ale w gruncie rzeczy mogę śmiało stwierdzić, że jest ona w nienagannym stanie. Nie potrzebuję dużego krycia, bardziej skupiam się na ujednoliceniu kolorytu na swej twarzy. Niektóre obszary, takie jak czoło, nos lub broda są zaczerwienione i dla własnego komfortu psychicznego z rana używam podkładu. Przeważnie dwa naciśnięcia pompki wystarczają mi w zupełności by zakryć oraz wyrównać to i tamto.

Produkt zamknięty jest w szklanej buteleczce. Wydobywamy go za pomocą pompki, która pracuje znakomicie. Mam już trzecie opakowanie (nie wliczając w to tego nietrafionego) tego podkładu i przy każdym z nich nie miałam z nią problemów. Szklany, przeźroczysty pojemniczek pozwala na kontrolowanie ilości produktu w środku. True Match nie osadza się na ściankach, w całości spływa na dno opakowania co pozwala na wyciśnięcie z niego niemal każdej kropli. Ciekawym jest fakt, gdy zawsze dobijam do jego dna, pompka zaczyna mi to sygnalizować. Podczas aplikacji końcówki produktu naciskając pompkę ta w taki nienaturalny sposób odskakuje pod moim palcem, co świadczy, że czas zrobić zapas.
Czym kieruje się przy wyborze podkładu do twarzy? Przede wszystkim chodzi mi o wyrównanie kolorytu, rozświetlenie mej cery oraz uniknięcia efektu maski. L’Oréal True Match zapewnia mi wszystkie te trzy priorytety, przy czym nie wysusza mojej skóry. Odcień 0.5N jest dla mnie właściwy. 
Ważny jest też fakt, że nie oksyduje na mojej buzi. A jeśli chodzi o trwałość to chciałabym się tutaj troszeczkę zatrzymać. Generalnie używam tego podkładu codziennie. Często dotykam swojej twarzy, lekko się drapiąc po policzku czy też czole lub na szyi. Podpieram swoją brodę, dotykając w ten sposób palcami dłoni swojego policzka.  Po zerknięciu w lusterko podkład jest ciągle na swoim miejscu. Jedyny problem jaki z nim mam to skrzydełka nosa. Już po kilku godzinach od wyjścia z domu, lekkie dotknięcie dłonią tej okolicy zmazuje niemal do zera produkt w tym miejscu. I generalnie nie mogę tego faktu rozgryźć. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje akurat w tej okolicy twarz. Po całym dniu w pracy podkład w 99% znajduje się na swoim miejscy. Czoło, broda policzki wszystko jest w nienaruszonym stanie. Natomiast okolica nosa wygląda jakby nie była pomalowana. Czy ktoś mógłby mi to wytłumaczyć?
Wracając do pozytywnych stron L’Oréal True Mach muszę tutaj koniecznie podkreślić, że produkt ten nie waży się na twarzy oraz nie wchodzi w zmarszczki. Na co dzień noszę okulary i miewam problem z podkładem pod noskami. W przypadku True Match nie mam żadnego przykrego doświadczenia z ciasteczkowaniem się fluidu pod powierzchnią okularów, która dotyka bezpośrednio mojej skóry na twarzy. 

Długo szukałam idealnego podkładu, takiego który będzie współgrał z moim kolorytem. Jestem osobą o bardzo bladej karnacji. Część cery jest zaczerwieniona a najjaśniejsze podkłady większości marek są dla mnie za ciemne. Odcinają się na szyi, tworząc efekt maski lub wymalowania niczym klaun. Po wykorzystaniu 3 opakowań L’Oréal True Match mogę śmiało stwierdzić, że ideał jednak istnieje. Cudownie wtapia się w moją skórę na twarzy bez pudrowego efektu. Cera po jego nałożeniu jest promienna z satynowym wykończeniem. Różnorodność gamy kolorystycznej jaką oferuje nam producent śmiało pozwoli znaleźć coś dla każdej z nas. Jest to produkt, który nie zmienia swojego tonu, podczas jego noszenia. Pomimo tej jednej wady (wycierania się w okolicy skrzydełek nosa)  jestem w stanie sięgnąć po niego 4, 5 czy 6 raz. Już tak mam, gdy coś mi podpasuje nie szukam zamienników.


A czy Ty znalazłaś swój idealny podkład, który ewentualnie mogłabym wypróbować u siebie? Podziel się swoimi perełkami w komentarzu pod tym postem :)

Kosmetyczne buble i nie tylko | Czyli co u mnie nie zdało egzaminu i dlaczego?

Witam się z Wami po długiej nieobecności, która spowodowana jest głównie brakiem samodyscypliny. Następnie brakiem czasu a na końcu brakiem sił. A może w odwrotnej kolejności? Okres od sierpnia do obecnej chwili to jakiś kosmiczny czas. Dzieje się i ciągle dziać się będzie. Jeśli ktoś myśli, że życie w Anglii jest choć odrobinę podobne do tego życia jakie ma w Polsce, to ten ktoś jest w dużym błędzie. Sama myślałam przylatując tutaj, że to nic trudnego. Życie jak życie. Dom, praca, hobby i inne przyjemności. Ale czasami bywa tak, że dom i praca zajmują tak ogromną przestrzeń w Naszych życiach, że można się pogubić i stracić rachubę. A czas przelatuje Nam przez palce u dłoni jak szalony. Czasami brakuje, czasu jak czasu, ale brakuje po prostu najnormalniej w świecie sił. No! To sobie pomarudziłam a teraz czas na konkrety (coś ten CZAS się mnie czepił ;))

Do tego wpisu przygotowywałam się dość długo i nie byłam do końca przekonana czy aby na pewno go opublikować. Ale pomyślałam a co mi tam! Skoro wyrzucam puste opakowania po produktach, pokazując Wam to przy okazji. To dlaczego by nie podzielić się informacją o kosmetykach, które nie znalazły u mnie zastosowana. Okazały się źle dobrane do mojego typu ceru. Minął im termin przydatności do użycia. Lub z jakiś innych powodów, które poznacie poniżej. 
Na pierwszy ogień pójdą dwa kosmetyki, które kupiłam w UK wieki temu. W wielkiej nieświadomości. Z brakiem pewnej wiedzy. Wybrałam się do słynnego na wyspach Bootsa i wydałam kilka talarów na krem do twarzy oraz tonik. Nic tak mnie nie wkurzyło jak automatyczny początek osłabienia kondycji mojej cery. Na samym początku nie sądziłam, że dwa produkty mogą zrobić taką masakrę na mojej twarzy, ale nie minął tydzień jak ów krem i tonik wylądowały na dnie kartonu. Zapewne zastanawiasz się dlaczego. Już wyjaśniam (doszłam do tego długo później oczywiście) Na składach znam się mało, ale jedna z Was powiedziała mi, że tonik tej marki zawiera alkohol denat; który odpowiedzialny jest za m.in. przesuszenia, podrażnienia i inne nieprzyjemności. Zrezygnowałam w zupełności ze stosowania obydwu produktów jednocześnie. Po kilku miesiącach, jedna maseczka wywoła u mnie reakcję alergiczną. Po przeanalizowaniu składu okazało się, że zawiera ten sam alkohol (i to na drugim miejscu) co wspomniane kosmetyki. Nie wiedziałam, że ten akurat składnik może powodować u mnie duże podrażnienia. Przekonałam się o tym na własnej skórze. Dlatego też unikam kosmetyków, które posiadają alcohol denat w swoim składzie. Poniżej skład toniku a później kremu marki BOTANIC - zdecydowanie odradzam te markę.

Ingredients
Aqua (Water), Alcohol denat., Butylene glycol, Glycerin, Phenoxyethanol, Hibiscus sabdariffa flower extract, Sodium benzoate, Quillaja saponaria bark extract, Benzoic acid, Dehydroacetic acid, Ethylhexylglycerin.

Ingredients

Aqua (Water), C12-15 alkyl benzoate, Glycerin, Dimethicone, Cetearyl olivate, Tribehenin, Butyrospermum parkii (Shea) butter, Hibiscus sabdariffa flower extract, Cetearyl alcohol, Sorbitan olivate, Alcohol denat., Prunus amygdalus dulcis (Sweet almond) oil, Sodium polyacrylate, Phenoxyethanol, Dimethicone crosspolymer, Parfum (Fragrance), Caprylyl glycol, Xanthan gum, Citric acid, Sodium benzoate, Sodium hyaluronate, Ethylhexylglycerin, Dipropylene glycol,  Tetrasodium EDTA, Potassium hydroxide, Tocopheryl acetate, Benzoic acid, Dehydroacetic acid.

Prześledziłam w sieci skład kilku innych ich produktów i niestety ale ten alkohol pojawia się dość często na etykiecie. Cieszę się, że w miarę szybko doznałam olśnienia i wyeliminowałam te produkty ze swojej pielęgnacji. Jak dla mnie duże NIE dla marki. A szata graficzna może zmylić (:

Kolejne produkty i duże rozczarowanie, może nie samą marką a dystrybucją. Marka Vianek cieszy się dużym uznaniem i tutaj nie zamierzam polemizować. Jestem bardzo dumna, że polska firma rozwija się w tak zaskakującym i pozytywnie szybkim tempie, łapiąc za serca coraz więcej konsumentek. Płyn do higieny intymnej posiadałam i nawet zdenkowałam, o czym pisałam Wam kilka miesięcy temu. Sięgnęłam po niego drugi raz. Okazało się, że termin przydatności był tak krótki iż nie zdążyłam go wykorzystać. Produkt automatycznie się zepsuł. Pojawiły się w nim dziwne grudki, coś na wzór oddzielenia się składników od siebie. Całe opakowanie wylądowało w koszu na śmieci wraz z zawartością. 
Po kremy marki Vianek sięgnęłam z początkiem wiosny. Byłam bardzo zadowolona z ich działania, choć przyznać muszę że krem na dzień nie dawał takiego nawilżenia o jakim bym marzyła. Problemy skórne wywołane burzą hormonów w moim organizmie, zmusiły mnie do odstawienia obydwu tych produktów ze zdjęcia. Choć swoją drogą, problemy skórne nasiliły się podczas używania tych kremów, a zmniejszyły po ich odstawieniu. Czy jest tutaj jakaś zależność? Możliwe, że to tylko zbieg okoliczności, ale ... Gdy w miarę upływu czasu stan mojej cery zaczął się normować, do kremów wrócić już nie mogłam. Dlaczego? Z pewnością znasz, umieszczony na opakowaniach kosmetyków, symbol otwartego słoiczka wraz z cyfrą. Informuje nas on o tym jak długo od otwarcia, dany kosmetyk jest zdatny do użytku. W obu przypadkach było to równe 6 miesięcy, tak też z przykrością umieściłam je w koszu na śmieci. Lecz nie mówię im NIE. Sądzę, że wrócę do nich, lecz nie prędko. Mam swoje obawy, a nie chciałabym znowu wyglądać jak nastolatka w punkcie kulminacyjnym swojego dojrzewania, czyli z tymi wszystkimi intruzami na mojej twarzy. Jeśli chodzi o krem pod oczy to przyznaję bez bicia, że to produkt, którego nie wykorzystałam z własnej winy. Korzystałam lecz nie regularnie, od niechcenia z jednego powodu - zapach. Czytałam, że produkty naturalne, i tej marki, posiadają zapachy, do których trzeba się przyzwyczaić. Lecz to nie moja bajka. Ja uwielbiam, gdy kremy nakładane na twarz (i nie tylko) są przyjemne dla każdego mojego zmysłu. I tak sobie używałam i nie używałam aż otwarty słoiczek na opakowaniu poinformował, że czas się rozstać pomimo opróżnionej jedynie połowy opakowania. 
Poniżej prezentuje krem, który w sumie nie został nawet otwarty. Nie znam tej mark. Produkt był dołączony do jednej z edycji BeGlossy - kompletnie nie dopasowany do moich potrzeb. Krem dla alergików na nikiel. Próbowałam odsprzedać i nawet oddać - jak widać bez skutku. Przyszedł z bardzo krótką datą przydatności do użytku. więc chcąc nie chcąc również trafił do śmietnika. 
Krem do depilacji, czyli kompletna porażka jeśli chodzi o tego typu produkty. Opisywałam Wam go w osobnym poście, do którego Was zachęcam > TUTAJ Jeśli posiadasz ciemny i gruby zarost na prawie każdej części ciała, niestety ale musisz liczyć się z dużym rozczarowaniem co do jego działania. Ten produkt pozostawił wiele do życzenia i tyle. Czym przykuł moją uwagę? Zachęcona napisem na opakowaniu, sięgnęłam po niego bez wahanie. Producent zapewniał nas o tym, że:

„Depilacja skóry wrażliwej, szczególnie wskazana do depilacji miejsc, np. pach i okolic bikini. Działanie:
·         Szybko i skutecznie usuwa owłosienie,
·         Pozostawia skórę doskonale gładką,
·         Zmiękcza oraz aktywnie nawilża naskórek,
·         Likwiduje uczucie szorstkości skóry,
·         Działa kojąco, szczególnie w miejscach skłonnych do podrażnień”

    Warto dodać, że opinie w sieci miał również pozytywne. Niestety u mnie spotkał się z brakiem aprobaty. Pozostałam przy tradycyjnym goleniu nóg, używając dalej maszynki oraz pianki w żelu ;) 
Są to kosmetyczne nietrafienia jeśli chodzi o ubiegły rok i o moje potrzeby skórne. Jak i pewną niewiedzę, związaną z tym co mi nie służy a co jest dobre. Jestem ciekawa czy Wam  zdarzyło się wyciągnąć dłoń po kosmetyk(i), który u was kompletnie się nie sprawdził. Lub po produkt, który zrobił z Waszą cerą kompletną masakrę. Posiadaliście taki kosmetyk do którego niechętnie wracacie nawet pamięcią?
Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz komentarzu pod tym postem :)

Reduktor pierwszych różowych rozstępów i rozstępów trwałych | Ziaja multimodeling

Problem z rozstępami pokazał się u mnie dopiero po porodzie, wcześniej taki stan rzeczy mnie nie dotyczył. Ale co się dziwić, przybrało mi się wtedy jakieś 25kilo K Gdy ciało wydało na świat dziecko zmieniło się radykalnie. Wiecie cyc już nie ten, co wcześniej, skóra na brzuchu jakaś taka zwiotczała i te straszne rozstępy … Tak też staram się walczyć z tymi niechcianymi prążkami (jak i cellulit zwalczam namiętnie na siłce) na takich partiach ciała jak brzuch czy piersi, (bo tam ich najwięcej) Posiłkuję się kosmetykami, które są do tego przeznaczone i tym sposobem wpadł w moje ręce Reduktor pierwszych różowych rozstępów i rozstępów trwałych marki Ziaja Czy zdał egzamin? Przekonasz się o tym w dalszej części tekstu.
OD PRODUCENTA

Produkt Multimodeling łączy w sobie działanie substancji o różnych funkcjach z zakresu kosmetologii i dermatologii. Zawiera składniki zmniejszające każdy rodzaj rozstępów, zarówno pierwszych - koloru różowego jak i trwałych. Odpowiedni również dla kobiet po porodzie.  
Forskolina z pokrzywy – wyszczuplanie. Zmniejsza cellulit, poprawia mikrorzeźbę skóry ciał
Hydroxyprolina - redukcja rozstępów: stymuluje syntezę kolagenu i elastyny, zwiększa spoistość tkanki łącznej. Intensywnie rozjaśnia oraz wyraźnie zmniejsza rozstępy.
Olej jojoba, alantiona - regeneracja: przyspiesza procesy gojenia oraz odnowy naskórka. Wzmacnia strukturę cementu międzykomórkowego. 

MOJA OPINIA NA TEMAT PRODUKTU MULTIMODELING

Na opakowaniu zalecane jest wsmarowanie niewielkiej ilości produktu w miejsca z widocznym problemem. W moim przypadku były to piersi i dolna część brzucha, ta partia pod pępkiem. Multimodeling stosowałam sumiennie każdego dnia zaraz po kąpieli. Zdenkowanie go zajęło mi jakieś dwa miesiące. Nie opuściłam ani jednego dnia. Konsystencja jest kremowo – żelowa. Powiedziałabym, że to takie lekkie serum. Przyjemnie pachnie i jest mega wydajny. Niewielka ilość wystarczyłaby pokryć moje piersi i brzuch. Szybko się wchłania, co jest dużym plusem. Pozostawia skórę wygładzoną i bardzo miękką, a w dodatku nawilżoną przez długie godziny. Jeśli chodzi o jego działanie to muszę powiedzieć, że rozstępy jak były tak nadal są na moim ciele. I raczej nie ma, co się oszukiwać – one już nigdy nie zejdą. Mój partner nazywa rozstępy bliznami bitewnymi :D Ale przyznać należy, że te, które były fioletowe przez dłuższy okres, zanim zaczęłam stosować produktu marki Ziaja, zmieniły swój kolor i zbledły. Ponadto piersi stały się jędrniejsze a skóra w tym rejonie bardziej elastyczna, wygładzona i nawilżona.

Nie jestem ani negatywnie ani pozytywnie nastawiona do tego produktu. Nie uważam też, aby pieniądze zostały wyrzucone w błoto. Jako tako krem się spisał, ponieważ fioletowe prążki zmienił swoją barwę, co jest swojego rodzaju progresem. No ale nie zniknęły. Myślę, że jednak sięgnę po niego jeszcze kiedyś, ze względu na fakt, że mój biust po jego użyciu stał się jędrniejszy. A to przecież też zaleta :)

Znasz ten Multimodeling na rozstępy trwałe marki Ziaja? A może jesteś w stanie polecić mi coś innego? Może znasz produkt godny uwagi? Będę wdzięczna, jeśli zostawisz mi wiadomość w komentarzu pod dzisiejszym postem J

Szampony micelarne Nivea

Dwa szampony - jedna marka. Od dłuższego czasu bacznie obserwuje ich działanie i przyznać muszę, że z tych dwóch, z pewnością wrócę tylko i wyłącznie do jednego szamponu od marki Nivea. Jeśli jesteś ciekawy, który z nich skradł moje serce i przypadł mi do gustu, zapraszam do zapoznania się z tekstem.

Ale po kolei, mój patent na te dwa produkty - pierwsze mycie oczyszczające, drugie mycie szampon wzmacniający. Następnie odżywka bardzo mocno nawilżająca. Bo wiecie, że włosy należy przy jednym myciu - myć dwa razy? No na pewno wiecie! Ja tę zasadę odkryłam stosunkowo niedawno, gdy miałam okazję rok temu pracować w salonie fryzjerskim mojej znajomej. Ona uświadomiła mnie w takim stanie rzeczy. A ja nie musiałam już się dłużej głowić, dlaczego za każdym razem, włosy po wyjściu od fryzjera są takie delikatne, nawilżone i przyjemne w dotyku. Cała tajemnica tkwi w fakcie, że włosy należy myć dwa razy podczas jednego zabiegu, a następnie nałożyć na nie odżywkę. Od tamtego momentu w taki właśnie sposób dbam o swoją czuprynę na głowie J
No dobra wracając do dwóch produktów ze zdjęcia. Używam od dłuższego czasu i zrobiłam małe rozeznanie. Oczywiście stosując je używam ich jednocześnie, ale przetestowałam też każdy z osobna.

Szampon wzmacniający faktycznie ma takie działanie. Wzmacnia i wygładza włosy. Odkąd stosuje nie mam problemów z łamliwymi włosami. Wcześniej kruszyły się i wyglądały nie estetycznie. Z łatwością rozprowadza się na włosach i nie ma problemu podczas rozczesywania ich. Zapach jest bardzo delikatny i wpisuje się w moje gusta. Włosy utrzymują się w świeżości do 3 dni. A w dotyku są zaskakująco miękkie choć nie nawilżone, należy użyć po nim odżywki aby uzupełnić braki. Odkąd  go używam zauważyłam mniejszą liczbę włosów, które wcześniej zostawały na szczotce czy w wannie po ich umyciu. Po prostu mniej włosów mi wypada.👌👍

Szampon głęboko oczyszczający - oczyszcza aż za bardzo! Włosy po nim są jakieś takie sztywne i szorstkie, w każdym bądź razie bardzo nie miłe w dotyku. Jest to dobra opcja na oczyszczenie raz w tygodniu (albo i nawet raz na dwa tygodnie) a nie przy każdym myciu. Odnoszę wrażenie jakby wysuszał włosy niż je oczyszczał. Zapach produktu jest również przyjemny, ta jak w pierwszym przypadku - taki odświeżający. Ale niestety efekt końcowy to nie moja bajka. Nie jest to produkt do moich włosów i pomimo iż w duecie dają radę to po ten szampon nie sięgnę drugi raz.

Po obydwu produktach należy nawilżyć bardzo mocno włosy. O czym już wspomniałam. Razem dają radę, osobno na moich włosach najlepiej sprawdza się wersja różowa, do której powrócę  Szampon oczyszczający również bardzo dobrze współgra z innymi moimi szamponami, jakie stosuję, tak więc nie będzie problemu by zużyć go do końca.

A czy Ty znasz te nowości od Nivea? Może u Ciebie sprawdziły się one inaczej niż u mnie? Koniecznie daj znać w komentarzu, który z nich to Twój faworyt, chętnie o tym poczytam

Żel micelarny do mycia twarzy | Ziaja ogórek mięta PHA


Przyznaję bez bicia, mycie twarzy przy pomocy wody było dla mnie czymś totalnie zbędnym. Nie robiłam tego. Serio. Chyba, że podczas brania prysznicu na twarz spływała woda strumieniami. Ale na tym koniec. Wieczorna pielęgnacja odbywała się jeszcze do niedawna tylko i wyłącznie przy pomocy mleczka do oczu oraz płynu micelarnego używanego na wacik. Po długich latach do takiego sposobu demakijażu doszła woda różana, a dopiero na samym końcu preparat do mycia twarzy, który używa się z wodą. Pierwszy od kilku tygodni, ale już wiem, że nie ostatni. I zastanawiam się jak ja mogłam w ogóle w taki sposób, tak długo żyć:D?
Sięgając po preparat do mycia buzi w sumie nie sugerowałam się niczym poza tym, aby nie podrażniał mojej wrażliwej cery. Jakoś tak los chciał, że padło na Ziaję, bo jest tania, to fakt. Bo lubię jej produkty to po drugie i pomyślałam sobie A jak uczuli nie będzie szkoda kasy No i tak stoi w mojej łazience Żel micelarny ogórek, mięta i kwas PHA. Ciekawi, jakie mam zdanie o tym produkcie? Zapraszam do dalszej lektury :)

Żel zamknięty jest w białej butelce. Posiada dozownik w postaci pompki, dzięki czemu można z łatwością wydobyć produkt na dłoń i przystąpić do działania. Pojemność opakowania to 200 ml. Bardzo przyjemny i łagodny zapach. Konsystencja rzadka, przeźroczysta i w kolorze zielona. Jeśli chodzi o design to trafia w moje upodobania. Taki prosty minimalizm a cieszy oko :)
OD PRODUCENTA
Ultralekka receptura w formie delikatnie pieniącego żelu micelarnego. Łagodnie, ale skutecznie oczyszcza każdy rodzaj skóry. Zawiera kwas laktobionowy z grupy polihydroksykwasów - PHA o działaniu nawilżająco-łagodzacym oraz ekstrakty: Cucumis Sativus i Mentha Piperita. Odświeżający i przyjemny w aplikacji. Ma energetyczny, lekko chłodzący zapach.
  • łagodnie myje i oczyszcza skórę
  • równocześnie zmiękcza i wygładza naskórek
  • nie zaburza właściwego poziomu nawilżenia
  • zapewnia uczucie czystości i orzeźwienia
MOJA OPINIA 
Jak już wspominałam, żel jest łagodny i zamknięty w opakowaniu z pompką, więc nie ma problemu z dozowaniem. Już dwa naciśnięcia pompki wydobywają wystarczającą ilość produktu, gotową do użytku. Ma przyjemny lekki zapach, a co najważniejsze dokładnie myje skórę twarzy. Mogę przyznać, że już po pierwszym użyciu, kilka nieprzyjemnych krostek, na moim czole zniknęło. Używam go do wieczornej pielęgnacji. Daje uczucie przyjemnego ochłodzenia/orzeźwienia. Żel jest przede wszystkim cudownie odświeżający. A co najważniejsze nie podrażnia mojej wrażliwej cery. Delikatnie nawilża. Nie pozostawia uczucia ściągnięcia na twarzy - i za to duży plus. Odnoszę wrażenie jakby wyrównywał koloryt skóry, albo chociażby minimalizował zaczerwienienia. Borykam się z czerwonymi obszarami na mojej twarzy, po tym żelu zauważyłam znaczną poprawę w tym temacie. Wydaję mi się, że to za sprawą ogórka i mięty płyn posiada właściwości kojące. Nie wiem jak sobie poradzi ze zmyciem całego makijażu, ponieważ nie używam go w tym celu. Jest świetnym uzupełnieniem wieczornej pielęgnacji i z łatwością myje ewentualne pozostałości makijażowe na mojej buzi.  Szczerze polecam ten produkt dla każdego, bez znaczenia, w jakim jest wieku. Myślę, że warto a jego cena jest zniewalająco zachęcająca ♥
Jestem bardzo ciekawa czy znasz ten produkt jak i inne kosmetyki do pielęgnacji marki Ziaja? Daj koniecznie znać w komentarzu, jakie Ty używasz preparaty do mycia buzi, chętnie wypróbuje czegoś.

Do następnego! 

Ziaja Sensim Depile | Recenzja kremu do depilacji skóry wrażliwej

Krem do depilacji dla skóry wrażliwej od marki Ziaja to produkt, na który skusiłam się ze względu na bardzo wrażliwą skórę w okolicy bikini. Każda depilacja przy pomocy maszynki do golenia kończy się mega podrażnieniami i szukam jakieś alternatywy. Jak okres zimowy można przebidować, tak podczas wiosny i lata już nie za bardzo. Częstotliwość depilacji zwiększa się wraz ze wzrostem temperatury w tych okresach. A co za tym idzie, to większa ilość podrażnień i nieestetyczny wygląd skóry. Zachęcona przez producenta, sięgnęłam po krem marki Ziaja. Czym przykuł moją uwagę? Otóż na opakowaniu napisano

„Depilacja skóry wrażliwej, szczególnie wskazana do depilacji miejsc, np. pach i okolic bikini. Działanie:
·         Szybko i skutecznie usuwa owłosienie,
·         Pozostawia skórę doskonale gładką,
·         Zmiękcza oraz aktywnie nawilża naskórek,
·         Likwiduje uczucie szorstkości skóry,
·         Działa kojąco, szczególnie w miejscach skłonnych do podrażnień”
Czy w rzeczywistości tak jest? O tym przekonałam się na własnej skórze.
Zacznę od początku. Zaciekawiona działaniem Sensim Depile od razu przystąpiłam do zalecanego przez producenta testu wrażliwości skóry. Naniosłam niewielką ilość kremu na skórę ramienia, na około 5-10 minut, po czym spłukałam produkt letnią wodą. Po 24 godzinach nie wystąpiło podrażnienie skóry, czyli mogłam przystąpić do depilacji określonych miejsc na ciele. Już następnego dnia, od wykonaniu testu wrażliwości, podjęłam swoją pierwszą próbę depilacji przy pomocy kremu i szpatułki.
Na pierwszy ogień poszły paszki, zaraz potem okolice bikini. Naniosłam grubą warstwę produktu na skórę (nie wcierałam) i pozostawiłam na 10 minut. Co do sekundy, było to 10 minut. Następnie przystąpiłam do depilacji, przy pomocy szpatułki, która dołączona jest do opakowania. Wykonanie czynności docelowej było bardzo łatwe i podobne do golenia maszynką. Z tym, że po jednym pociągnięciu szpatułką nie wszystkie włosy od razu zostały usunięte. Koniecznie musiałam powtarzać ruch szpatułką w jednym miejscy. Jeśli liczysz na doskonałą gładkość to muszę Cię rozczarować. Co prawda włoski zostały zgolone, ale efekt końcowy przypominał 3 dniowy odrost. Dodam, że jestem posiadaczką ciemnych i grubych włosków, co może mieć na to wpływ.

Kolejnego dnia chciałam sprawdzić również jak krem poradzi sobie z głębokim bikiniolaboga! Nigdy więcej! Nie dość, że siedzisz wysmarowana kremem i czekasz aż zadziała to jeszcze później to uporczywe operowanie szpatułką, która nie nadaje się w tamte miejsca, ze względu na swoją wielkość. Efekt końcowy taki sam jak przy zgoleniu paszek – odrost. Kończysz golenie a tam zamiast delikatnej gładkości - kilkudniowy odrost. Nijak się ma to do szybkiego i skutecznego usunięcia włosków.
Ten krem na dobrą sprawę nie uczulił mnie w żaden sposób ani też nie podrażnił miejsc poddanych depilacji. Ale jest tutaj, ale. Muszę Wam napisać, że po depilacji prawej paszki pojawiły się różowe krostki nie w miejscu golenia a tuż dookoła niego. I przyznam szczerze, że przez całą noc i pół następnego dnia czułam dyskomfort w postaci nieprzyjemnego pieczenia. Uczucie podobne do tego, gdy coś nas obetrze. Takie przykre doświadczenie nie miało miejsca przy innych partiach ciała, które zostały poddane depilacji.

Na opakowaniu brakuje mi informacji o tym czy należy depilację wykonać z włosem czy też może pod włos. W moim przypadku musiała być to opcja numer dwa. Operując szpatułką z włosem niestety, ale nic się nie działo, czyt. nic się nie goliło. Do minusów mogę również zaliczyć zapach kremu, jest naprawdę nieprzyjemny i bliżej nieokreślony. A skład ma następujący
Czy sięgnę drugi raz po ten produkt?
Otóż zgodzić jedynie mogę się z ostatnim punktem na liście, którą zacytowałam na samym początku. Działa kojąco. Reszta pozostawia wiele do życzenia. Po depilacji nie było krostek, pieczenia czy nieprzyjemnego wysuszenia skóry (pomijając nieszczęsną prawą paszkę) Niestety, szukam czegoś, co do zera zgoli niechciany zarost w pewnych okolicach. Ten krem tego mi nie gwarantuje i dlatego też skończę to opakowanie i nie wrócę już nigdy do niego. Moje oczekiwania nie zostały spełnione i nie ma, co tu dużo polemizować. Cena na stronie producenta: 8,20zł/100ml

Do następnego!

One double effect - tusz do rzęs od Oriflame



Dobry tusz do rzęs to najważniejszy element makijażu oraz najprostszy sposób by przyciągnąć spojrzenia i podkreślić piękno swych oczu. Jak już znajdę mascarę, która leży mi pod każdym względem to niechętnie sięgam po coś innego i nowego. Przeważnie jestem wierna danemu tuszowi bardzo długie miesiące. W swoim posiadaniu miałam kilka perełek, ale jak zawsze po jakimś czasie zaczynały się problemy. Idealny tusz stawał się znienawidzonym produktem w danym czasie. Szczypanie i nieprzyjemne pieczenie to nie efekt pogorszającego się stanu twojego wzroku, winny może być tusz. To znak, że należy zacząć rozglądać się, za czym nowym. Tak było i parę miesięcy temu. Po długoterminowym oddaniu tuszowi od MaxFactor 2000 Calorie, przyszedł czas na zmianę

The ONE Double Effect
Czy to idealna mascara? Wszystko zależy od tego, jaki efekt chcesz osiągnąć i na czym Ci w danym momencie zależy najbardziej. Ja stawiam na naturalne podkreślenie, wyraziste spojrzenie i klasyczną szczoteczkę (nigdy nie przekonam się do silikonu – zawsze kończy się na podrażnieniach). Dzięki One Double Effect osiągam swoje zamierzenia. Idealnie rozczesuje, przy czym nie skleja. Z delikatną precyzją wydłuża moje krótkie rzęsy, nie pozostawiając na nich grudek!
Wiedziałeś, że to dwie szczoteczki w jednym? Jak sama nazwa wskazuje podwójny efekt, który można osiągnąć poprzez dwuelementową nakrętkę. Dzięki niej możesz regulować ilość tuszu. Albo wydłużysz swoje rzęsy, albo zwiększysz ich objętość. Zawsze możesz połączyć efekt stosując najpierw pierwszy wariant a następnie drugi. Choć mnie ten sposób nie przypadł do gustu i pozostaję przy wydłużeniu.
Fenomenem jest to, że już nie muszę ocierać szczoteczki o wlot, aby zebrać nadmiar produktu. Od zawsze szukałam tuszu, który po odkręceniu będzie od razu gotowy do aplikacji. Tak jest w przypadku z Oriflame. Co jest po prostu fantastycznym rozwiązaniem. Ciekawa jestem Waszej opinii w tym temacie. Uważasz, że dwuskładnikowa nakrętka jest genialnym rozwiązaniem, czy jednak preferujesz większą ilość produktu podczas nakładania na rzęsy? W ciągu dnia zachowuje się nienagannie. Nie kruszy się ani tez nie pozostawia brzydkich rozmazanych cieni na dolnej powiece. Genialny produkt zamknięty w bardzo eleganckim opakowaniu
CENA: 8ml/39, 99 zł 
bywa często w promocji, choć uważam, że wart jest swojej regularnej ceny ;)

Do następnego! 




instagram @karellauk

Copyright © Karella