O TYM DLACZEGO ZDECYDOWAŁAM SIĘ PRZEJŚĆ NA WŁASNĄ DOMENĘ

Od razu napiszę, że żałuję, iż nie zrobiłam tego na samym początku. Czyli w momencie powstawania bloga. Dziś nie stałabym przed tą decyzją. No, ale stało się, jestem w miejscu, w którym jestem i należy się z tym pogodzić. Nie chodzi tylko o blogowanie. Ten stan ma szeroki aspekt i wydźwięk w rzeczywistości. Powiadają Co było i nie jest nie pisze się w rejestr,  ale czy aby na pewno?

Zacznijmy od samego początku, gdy 10 lat temu stawiałam swoje pierwsze kroki w blogosferze. Wtedy miałam marzenia i plan na siebie, niestety szybko zostałam sprowadzona na ziemię a moje ów marzenia zdeptane niczym karaluch. Dziesięć lat temu, byłam lżejsza o jakieś dziesięć kilo i sto kilo własnego rozumu oraz samozaparcia. Lubiłam siebie, preferowałam lumpeksową modę i takiej tematyki dotyczył ów blog, który wyleciał w powietrze z prędkością światła. Ślad po nim zaginął. A kto wie, czy dziś nie stałabym na równi z takimi ikonami polskiej modowej blogosfery jak ..., które zaczynały w tamtych czasach. Kto wie, jak mój los by się wtedy potoczył. Dobra! Od zawsze lubiłam sobie pomarzyć :D
Po fazie lumpeksowych łowów przyszedł czas na macierzyństwo i prawdziwą rzeczywistość. Wtedy to przy nadmiarze wolnego czasu został powołany do życia drugi mój blog lifestylowo parentingowy. Prawdziwe życie, bo tak wtedy nazwałam swoje miejsce w sieci, z perspektywy czasu miał tytuł trafiony w punkt. Ten blog również rozwijał się w zaskakującym dla mnie tempie. Niestety prawdziwe życie skopało mi dupsko i chciałam zamknąć pewien rozdział swojego życia zamykając jednocześnie Prawdziwe życie, co było bardzo złą decyzją podjętą przez pryzmat szarganych wtedy mną emocji.

Swoją drogą ciekawe czy są tutaj ze mną osoby, które pamiętają mnie z poprzednich blogów 🤔?

Chęć pisania pozostała. Chęć poznawania ludzi także pozostała. A po przeprowadzce na wyspy czegoś mi brakowało. Zaczęłam od konta na Instragramie, później dojrzałam do decyzji o ponownym założeniu bloga. W sumie ta chęć tkwiła we mnie, jak widać wiele lat. Dlatego mamy podejście numer trzy. Trzecie i zarazem ostatnie! Nikt nie wmówi mi już, że to, co robię jest czymś beznadziejnym i bez sensu. I że w ogóle to strata mojego czasu. Jeśli komuś się nie podoba, że piszę i tutaj tworzę może mnie nie czytać, nie obserwować i w ogóle omijać te stronę szerokim łukiem. Proste! Wraz z upływem czasu dojrzały we mnie, nie tylko dodatkowe kilogramy, ale pewne poglądy i przekonania, których jestem świadoma i przy których będę trwać. Własna domena to taki krok świadczący o tym, że poważnie myślę o tym blogu. Wiecie, jak się za coś płaci to się o to dba. Bynajmniej tak jest w moim przypadku. Szanuję swoje rzeczy, bo wartość pieniądza znam. I takie też podejście staram się zaszczepić u swojej córki. W sumie, dlatego właśnie zdecydowałam się opłacić ów domenę. By podejść do tego z większym szacunkiem i zaangażowaniem. By tego szacunku dać więcej Wam - moim czytelnikom. Nie chcę za parę lat pomyśleć o SIMPLLIKO jak o pozostałych dwóch blogach. Było, minęło nie pisze się w rejestr. A może w moim przypadku to właśnie w ten rejestr się pisze?

JAK PRZEJŚĆ NA WŁASNĄ DOMENĘ I ILE NALEŻY ZA TO ZAPŁACIĆ?

Nie jestem informatykiem czy programistą. A cały ten komputerowy świat jest dla mnie czarną magią. Serio! Nawet nie wiem czy mój laptop ma zabezpieczenia w postaci antywirusów :D Tkwiło we mnie przekonanie, że posiadanie domeny to coś skomplikowanego. Nie wspomnę, że myśląc własna domena miałam przed oczyma sporą liczbę złotówek, jaką muszę za nią zapłacić. Nic bardziej mylnego! Usiadłam i zaczęłam czytać. W sieci jest mnóstwo informacji, uwierzcie mi wystarczy chwila skupienia. Nie potrzebni Wam informatycy. Jeśli ja dałam radę sama to Ty też dasz! U jednej z bloggerek znalazłam informacje na temat OPIEKUNA BLOGA. Było tam napisane jasno Oni zrobią resztę za Ciebie I zrobili! 

Jedyne czego dokonać musiałam ja to:
> założyć u nich konto, 
> sprawdzić czy nazwa domeny, którą chciałabym zająć jest dostępna, 
> kupić wybraną domenę, za jedyne 13.90 zł. Jest to koszt, który ponoszę na cały rok, następnie odnawiam taką domenę na kolejny rok, za 69,90 Co wychodzi w przeliczeniu 5,83 zł miesięcznie. Jak widać nie kosztuje to miliony monet, o jakich kiedyś myślałam. 
> poczekać na aktywację,
> zrobić pewną rzecz, która została podane mi w mailu 
> poczekać
> Cieszyć się swoją stroną www :)

O korzyściach przejścia na własną domenę może kiedyś napiszę. Ale do tego musi upłynąć sporo więcej czasu. Na dziś mogę powiedzieć ze krótki adres strony bardziej mi się podoba i to dla mnie duży plus.

Jeśli chodzi o nazwę to byłam zmuszona ją nieco zmodyfikować, gdyż domena, o której myślałam nie była dostępna. Nie chciałam, aby zmiana była diametralna. Wiązałoby się to znowu z początkiem a że troszkę już tworzę w sieci i mam swoje grono odbiorców, taka zmiana wydała mi się czymś nieadekwatnym do sytuacji. Dlatego postawiłam na SIMPLLIKO pisane przez dwa L w środku. Głowiłam się dobrych kilka dni nad tym tak by nie zmylić ani Was ani siebie. Bo słuchajcie, ja to ja. Czyli dalej nadaje do Was ta sama Karolina. Nikomu nie sprzedałam swojego konta na IG ani tym bardziej bloga :D Mam nadzieję, że mój wybór przypadł Wam do gustu. Planuję jeszcze kilka zmian na blogu ale to już kosmetyczne sprawy, o których opowiem Wam innym razem :)


Jestem bardzo ciekawa co myślicie o własnej domenie? Dajcie znać w komentarzu jakie macie spostrzeżenia jeśli chodzi o swoją stronę www czy cały ten świat hostingów i domen.

Denko, czyli było minęło | No4

Ten post pojawić się miał dawno temu, bo z początkiem lipca. Ale, że u mnie, jak już mogliście się przekonać, różnie bywa to publikuje go właśnie dziś. No i dlatego też, że kolejne produkty zaczynają powoli się kończyć. Tak też przyszedł czas na pokazanie Wam produktów, które dobiły do dna mniej więcej w czerwcu. Większość produkty, jakie pojawią się w tym denku, mogliście poznać na Instagramie lub we wcześniejszych tego typu wpisach. I właśnie pisząc ten post uświadomiłam sobie, że zmienię troszkę koncepcję wpisów denkowych. Skupię się na krótkim opisie produku, ktorego jeszcze nie pokazywałam na blogu, a pozostałe pokażę na ogólnym zdjęciu i z podpisem WARTO/NIE WARTO . Co Wy na to, podoba się propozycja? 
Stop The Break Aussie Jest to jeden z lepszych szampon przeciw łamliwości włosów, z jakim miałam do czynienia Idealnie radzi sobie z problemem, pozostawia włosy miękkie i odświeżone. Nie powoduje problemów podczas rozczesywania włosów. W dodatku tak przyjemnie pachnie. Jeśli chodzi o mnie to z pewnością do niego wrócę. Ale mam jeszcze 3 szampony, więc poczekam aż wykorzystam zapasy.

Invisible dry Dove
 jestem wierna temu antyperspirantowi w aerozolu.  Przyjemnie pachnie i nie podrażnia - nawet po goleniu :) Stosuje codziennie i nie mogę nic złego o tym produkcie powiedzieć. Nie pozostawia brzydkich plam czy śladów na ubraniach. Gdy tylko się kończy zaraz kupuję następne i nie mam niczego innego, jeśli chodzi o pielęgnację skóry pod pachami.

Woda różana Avon
 zapach jest bardzo delikatny, a twarz po użyciu tego produktu jest odświeżona i miła w dotyku. Łagodzi i nie podrażnia. Czułam lekkie nawilżenie twarzy. Minus za fakt, że trzeba wacikiem rozprowadzić produkt po buzi. Ale myślę, że mogłabym przelać ją do butelki, która zawiera atomizer. Polubiłam się z tonikami, które mają właśnie takie rozwiązanie.
Avon senses sensual mystiue uwielbiam te mydła do dłoni za ich zapach, który utrzymuje się stosunkowo długo. Dostępne są w regularnej cenie jak i w częstej promocji. Nie powoduje podrażnień, nie wysusza. Występują w 5 zapachach. Często po niego sięgam. Jestem fanką mydeł w płynie, które możemy wydobyć przy pomocy pompki.

Fruits scrub do ciała, jak już pisałam w ostatnim tego typu poście jest to słabej jakości produkt. Skończyłam to opakowanie i bardzo się cieszę. Jak ten pierwszy przypadł mi do gustu, jeśli chodzi o zapach, tak ten ze zdjęcia to istna zgroza. Może i ładnie pachnie, gdy wąchamy ten skrub prosto z tubu, ale nie jak zaczynamy rozpogadzać go po ciele. Miałam wrażenie jakbym smarowała się jakimś tanim odświeżaczem do toalet … Działanie średnie, zapach kiepski. Nie polecam i nie wrócę do niego.

Jeśli chodzi o produkty do pielęgnacji dłoni, peeling z Vianka jak i krem Neutrogena, to pisałam o tym osobny post, gdzie Was odsyłam > PIELĘGNACJA DŁONI Z tego miejsca chciałabym powiedzieć, że, mimo iż znalazłam na obecną chwilę zupełnie inny krem do dłoni, to uważam, iż ten z Neutrogeny zasługuje na uznanie. 
I tutaj mamy dwa produkty, które należą do córki i partnera. Pierwszy z nich to wspominany już płyn do kąpieli i mycia włosów Baby Dove. Jest to płyn, z którego już zrezygnowałam, ale jeśli będzie konieczność to po niego sięgnę. Ostatnio z Polski przywożę dla niej zupełnie coś innego. Gdy przeprowadziłam się do Anglii przerzuciłam się z firmy Bambino na Baby Dove, czy ubolewam? Ni skąd! Ma bardzo delikatny zapach. Myliśmy nim głowę córce. Nie szczypie w oczy, Niestety plącze lekko włosy i było małe wyzwanie przy rozczesywaniu, ale dało się znieść. Kolejnym minusem jest pompka, niestety chodzi niesprawnie.

Natomiast szampon do włosów DX2 i jego zakup to moja ingerencja. Wiecie Małż ma poczucie humoru i duży dystans do siebie. I tak czasami sobie do mnie żartuje, że jeszcze kilka lat i będzie łysy. A że predyspozycje ma, bo nie łudźmy się, ale genów nie oszukamy, to walczę jak ta Merida waleczna i troszczę się o każdy jego włos by utrzymać je jak najdłużej na miejscu :D No, więc kupiłam dla niego ten szampon wysławiany wszem i wobec. I cóż by powiedzieć, pięknie pachnie, dobrze się pieni i równie dobrze myje. Czy włosy są pobudzone do wzrostu? To ciężko określić po użyciu jednego opakowania. Aczkolwiek mam wrażenie jakby nieznacznie ich przybyło (chyba, że to moja fantazja płata mi figle) Małż określił go w ten sposób „Zwykły szampon jak dla mnie” Także no, krótko zwięźle i na temat :D

Cały czas zastanawiam się czy chcecie czytać tego typu wpisy na blogu, czy może zrobić zakładkę na Insta i tam wrzucać wszystko z krótkim opisem. Dajcie proszę znać w komentarzu pod wpisem czy wolicie opcję, o której piszę na początku czy może wolicie omijać projekt denko na blogu :*


ChiodoPro Lakiery hybrydowe | nowości w kuferku

Jak już wiecie, swoją przygodę z manicure hybrydowym zaczęłam od zrobienia profesjonalnego kursu, dzięki któremu uzyskałam certyfikat i niezbędną wiedzę do jego wykonania. Ów kurs odbywał się na produktach wspomnianej marki. Jakoś wtedy niespecjalnie przypadły mi do gustu. Może, dlatego, że z tyłu głowy wydeptałam sobie ścieżkę do innej marki i to ich produktom przyglądałam się bacznie, jeszcze długo przed podjęciem konkretnych kroków, co do szkolenia. 
Wiecie, dlaczego zdecydowałam się na szkolenie? Tylko po to, aby przekonać się czy to z pewnością droga dla mnie. Nie chciałam kupować całego zestawu by później stwierdzić, że jednak nie jest to moja bajka i chcąc nie chcąc, wywalić pieniądze w błoto. Tak też w moim przypadku najpierw było ogólne rozeznanie się z tematem na portalu Instagram. Tam czytałam i oglądałam różne profile związane ze zdobieniem paznokci metodą hybrydową. Z każdym nowym zdjęciem moja fascynacja rosła. A wiadomo apetyt rośnie w miarę jedzenia. Tak też zdecydowałam się pójść na profesjonalne szkolenie a dopiero na samym końcu zakupić zestaw do paznokci hybrydowych. To, że szkolenie odbyło się na produktach Chiodo nie przeszkodziło by zakupić zestaw startowy z Semilac. Obecnie w moim kuferku przeważają lakiery z tej ostatniej firmy, ale moja miłość zaczyna nabierać innego wymiary. Po ostatnim pobycie w Polsce mam za sobą dwa mani wykonane przez Instruktorkę Chiodo właśnie na tychże produktach. Mogliście zaobserwować to na moim koncie Instagram czy Facebook, gdzie pokazywałam Wam zdobienie. Jak na prawdziwą kobietę i sikorę przystało nie mogłam wyjść z gabinetu bez małych zakupów. I tak oto moja kolekcja lakierów hybrydowych zaczyna się powiększać. Z trzech zrobiło się sześć plus baza do kompletu. Top już od dłuższego czasu gości w kuferku.
Kolekcja od Edyty Górniak przypadła mi bardzo do gustu. Paleta kolorów jest mega duża a intensywność barw przykuwa wzrok każdego, kto na nie spojrzy. Są to lakiery bardzo dobrej jakości i zdecydowanie powiększę swój zbiór o kilka innych buteleczek, które już mam na uwadze.  
A tymczasem przedstawiam Wam moje ostatnie zdobycze z dwóch kolekcji stworzonych właśnie we współpracy z Edytą Górniak, która jest Ambasadorką tej marki. Dwa lakiery pochodzą z kolekcji BLACK&WHITE STYLE a jeden z WITH LOVE FROM LA SUMMER MADNESS.

789 GUILTY PLEASURES – powiedziałabym, że jest to przydymiony wrzos

798 IRONKISS – grafitowa szarość, bardzo piękna

848 ROSE SKIN – delikatny odcień różu

Na stronie producenta możemy przeczytać, że „Lakiery hybrydowe Chiodo PRO (…) mają doskonałą konsystencję, dzięki której wykonanie manicure pod same skórki (bez zalewania ich) jest łatwiejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Bardzo silna pigmentacja sprawia, że malowanie paznokci to prawdziwa przyjemność. Większa pojemność - 7 ml - pozwoli stworzyć wiele pięknych stylizacji, które z łatwością usuwają się pod wpływem acetonu.” I całkowicie się z tym zgodzę! Miałam okazję wykonać manicure przy pomocy lakierów z nowej kolekcji. Konsystencja jest prawidłowo wyważona. Z łatwością rozprowadza się po płytce paznokcia. Jeśli chodzi o pigmentację, już po pierwszej aplikacji koloru możemy zauważyć jego intensywność. Druga warstwa pozwoli podbić i pogłębić efekt.
Na zdjęciach powyżej możecie zobaczyć kolor 789 Guilty Pleasures Wykonanie jest mojego autorstwa.
Jeśli chodzi o moje preferencję, co do malowania paznokci zawsze stawiam na klasykę. Stonowany to moje drugie imię w tym temacie. Owszem podobają mi się wzory, które kreują inni (mowa tu np. o plaży, palmie czy pelikanie na paznokciach), ale serio to nie dla mnie. Nie mogłabym chodzić z takim mani dłużej niż jeden dzień. Lekkie zdobienie w zupełności wystarczy. A szaleństwem nazywam jeden (lub dwa) paznokcie w innym kolorze niż przewodni :D
Rodzi się nowa miłość na szeroką skalę. Jeśli twórcy lakierów hybrydowych marki ChiodoPro będą tak intensywnie pracować nad swoimi produktami to przepadnę na całego. Serio Wam mówię. Co lakier to coraz bardziej przypada mi do gustu. Szykują się porządki nie w salonie, bo takiego jeszcze nie posiadam a w kuferku. Zamierzam zredukować liczbę marek, jakie się w nim znajdują. Obecnie posiadam kilkadziesiąt lakierów hybrydowych od pięciu producentów. Dziś już wiem, że postawić chcę tylko na dwie znane i lubiane marki. Jak to się mówi, nie chcę mieć wszystkiego z innej parafii. Nie wyrzucę tych, które mam. Po prostu skończę buteleczki do końca i przestanę kupować by móc w pełni zaznajomić się z tym, co przypadło mi do gustu i co polubiłam. A jeśli kiedyś będę mogła otworzyć swój mały salon, skupię się wyłącznie na jednej marce :P
A czy Ty masz swoją ulubioną markę wśród lakierów hybrydowych? Z przyjemnością też przeczytam co sądzisz o marce ChiodoPro, czy znasz ich produkty do stylizacji paznokci? Podziel się swoją opinią w komentarzu.


Miesięczny przegląd maseczek do twarzy | kwiecień i maj

Ja to jestem agent! Posty o maseczkach do twarzy miały pojawiać się co miesiąc a tutaj zaległości mi się narobiły. W dzisiejszym wpisie ogarnę dwa w jednym. Będzie to rzut na maseczki, które towarzyszyły mi i w kwietniu, i w maju. Generalnie długo tych cykli nie pociągnę. Czerwiec to przełom – wyznaczyłam sobie cel, by jak najszybciej wykończyć swoje zapasy wszelkich kosmetyków. A maseczki w saszetkach już mnie aż tak nie cieszą. Mam kilka swoich ulubionych, do których będę z pewnością wracać. No, ale w koło Macieja nie będę Wami pisała o tym samym. Może z końcem wakacji lub z początkiem października pożegnamy Miesięczny przegląd maseczek do twarzy – taki jest plan, ale co z tego wyjdzie to się jeszcze okaże. Przepraszam Was za brak regularnych wpisów, obiecuję popracować nad tym i nad sobą bardziej… Zabieram się, zatem do działania. 
W tych dwóch miesiącach towarzyszyły mi trzy maseczki pełnowymiarowe i to właśnie od ich opisania rozpocznę. Wskażę też wam mojego faworyta w tych zestawieniach. Ciekawi, która maska skradła moje serce? Zapraszam zatem do poznania mojej opinii. 
Bania Agafii, Maska do twarzy liftingująco – tonizująca Hmmmm co by tu dużo napisać? Maseczka, która nie jest dla mnie. Poza pozostawieniem po sobie rumieńca na mej twarzy nie robi kompletnie nic. Po nałożeniu uczucie mrowienia i chyba była to reakcja organizmu na któryś ze składników. Maska miała za zadanie liftingowa, tonizować, oczyszczać i wyrównywać koloryt skóry. W rzeczywistości nic poza odświeżeniem nie czułam. Wspomniany rumień po 30 minutach zszedł z twarzy. Wcześniejsze zaczerwienienia minimalnie zmniejszone. Konsystencja maseczki jest rzadka, trudno było nanieść na twarz większą jej ilość przez jej „wodnistość”. Po nałożeniu pozostaje na swoim miejscu, nie ścieka z buzi.  Opakowanie wystarcza spokojnie na kilka użyć, plus za zamykanie przy pomocy nakrętki. Zapach bardzo przyjemny, przywodzi na myśl polne kwiaty i zioła. Nie wykorzystam jej drugi raz na twarz. Macie jakieś pomysł, aby produkt się nie zmarnował? Myślałam nad wykorzystaniem jej, jako maski do stóp (: 
Odżywcza maska-peeling regenerująca do twarzy marki Tołpa to produkt, który kupiłam w ciemno, bez zastanowienia się. Nie specjalnie jestem fanką produktów 2w1 ale w tym przypadku moje obawy związane z taką kombinacją kosmetyczną okazały się bezpodstawne. Używam tej maski tak jak zaleca producent, czyli najpierw wykonuję peeling, następnie pozostawiam produkt na swojej twarzy około 10-15 minut. I przyznać muszę, że to mega praktyczne. Drobinki w niej zawarte, są dość spore, o nieregularnym kształcie, ale zarazem delikatne i łagodne, nie podrażniły mojej skóry. Całość produktu jest konsystencji kremowej, co pozwala na łatwą aplikację. Po wykonaniu zalecanego peelingu maska pozostaje na swoim miejscu do momentu zmycia. Usunięcie jej z twarzy przy pomocy letniej wody jest stosunkowo proste i bezproblemowe. Muszę Wam napisać, że najbardziej urzekł mnie jej zapach, który jest intensywny, ale nie chemiczny czy sztuczny. To bardzo przyjemna woń, która towarzyszy nam jeszcze ładnych kilkadziesiąt minut od zmycia produktu z twarzy. Moja skóra po użyciu maski z czarnej róży jest miękka, delikatna i dobrze odżywiona. Jak już wspomniałam, produkt nie podrażnił ani też nie uczulił. Warto dodać, że delikatnie ujednolica kolor na buzi. Przeważnie mam kilka czerwonych plam na policzkach czy brodzie i czubku nosa. Po zastosowaniu tej maski moja cera jest uspokojona, a wspomniany kolor wyrównany. Przeznaczona jest do cery wrażliwej, suchej i bardzo suchej. W połączeniu z łagodzącym kremem z Vianka tworzy na mej buzi wyczuwalną, delikatną warstwę ochronną. Dla mnie to produkt, po który warto sięgnąć i ja z pewnością jeszcze to zrobię ;)
Kolejny produkt typu Peeling / Maseczka z Wiesiołka OlVita to produkt przeznaczony do każdego typu cery. Jest to maseczka/peeling w formie sypkiej i należy połączyć ją z pewnym nośnikiem. Ja przeważnie używam do tego oliwy z oliwek tłoczonej na zimno. Jak sama nazwa mówi możemy używać tego produktu zamiennie i w zależności od naszych potrzeb. Stosowany w pielęgnacji ciała, jako peeling, wspomaga walkę z cellulitem. Stosowany jako maseczka na twarz, szyję i dekolt bardzo delikatnie złuszcza i odżywia skórę bez większych podrażnień. Wiadomo, po użyciu, jako peeling, skóra w danym miejscu będzie nieco zaczerwieniona, ale szybko wraca do normalności. Zmniejszonego cellulit nie zauważyłam, ale fajne ujędrnienie można odczuć. Przeważnie po nałożeniu maseczki na twarz, zawsze na sam koniec wykonuję delikatny masaż, by dodatkowo złuszczyć martwy naskórek. Produkt wspomaga nasze mikrokrążenie i przywraca skórze piękny, zdrowy wygląd, dzięki rozjaśnieniu poszczególnych partii na twarzy. Bardzo się z nią polubiłam i generalnie nie sądziłam, że tak się stanie. Troszkę dużo przy niej roboty, ale jak już dojdziemy do wprawy to praca z nią jest czystą przyjemnością. No! Może nie taką czystą, bo bałagan ładny pozostawia po sobie w wannie, ale idzie przeżyć J
I czas na saszetkowe cuda od marki Perfecta Express Mask Multiodżywienie. Uwierzcie mi, że to bardzo odżywcza maseczka na twarz szyję i dekolt. Nie tylko działanie, ale i jej przepiękny zapach miodu manuka i słodkich migdał zachęca by do niej wracać. I ja z pewnością to zrobię. A nawet robię to wciąż. Użyłam jej kilka razy i w cale nie żałuję wydanych złotówek na ten produkt. Bardzo głęboko nawilża i odżywia. Można stosować ją praktycznie codziennie i w dodatku zamiast kremu na noc. Właśnie tak było w moim przypadku. Nakładam ją sobie zawsze na twarz szyję i dekolt. Pozwalam składnikom działać a sama leżę plackiem na łóżku i sobie chilluje, Wsłuchując się wtedy we własne ciało – wiecie jakiś taki dziwny stan w tedy mnie dopada :D Ale dobra, do rzeczy! Maseczka Multiodżywienie przeznaczona jest do cery suchej, odwodnionej i zmęczonej. Po zalecanych 15 minutach wmasowuję pozostałości maseczki w swoją twarz, wykonując przy tym delikatny masaż. Od dołu ku górze. Muszę jednak zaznaczyć by nie trzymać jej dłużej niż zalecane 20 minut, gdyż nadmiar maseczki zastyga tworząc delikatną jakby skorupę, którą trudno się rozsmarowuje czy ściera z buzi. Produkt ten bardzo mocno ujędrnia naszą skórę, dogłębnie odżywia, regeneruje i poprawia jej elastyczność. Masaż plus maska duet idealny na wieczorny relaks ;) Rano cera jest promienna i rozjaśniona. Również odpowiednio nawilżona. Czy ta maska występuje w jakimś większym wymiarze? Chętnie zaopatrzę się w jej zapas tak samo jak z miłą chęcią postawiłabym na swojej łazienkowej półce pełnowymiarowe opakowanie nowej wersji tej maseczki. 
Zawsze staram się aplikować na twarz całość danej saszetki, nigdy nie zostawiam jej na kolejny raz. Mam wrażenie, że składniki wietrzeją czy utleniają się w kontakcie z powietrzem czy też wilgocią łazienkową i po prostu tracą swoje cenne składniki. Jeśli uznaję, że jest takiego produktu za dużo po prostu wylewam resztę do zlewu. Co tak właściwie jest rzadkością ;) Przyznać muszę, że te maseczki w saszetkach marki Perfecta, a raczej wersja u góry są bardzo wydajne.
O głębokie nawilżenie zadba z pewnością Maseczka ampułka hialuronowa wspomnianej wyżej marki Perfecta oraz maseczka marki Rival de Loop, Hydro Booster Maseczka nawilżająca z Hialuronem i Aloesem. Są to maseczki, które nakładam na twarz tuż przed snem. Po 15 minutach wsmarowuję pozostałą ilość produktu. Nie nakładam dodatkowo żadnego kremu. Rano skóra jest nawilżona i przyjemnie miękka w dotyku. W obydwu przypadkach konsystencja maseczki jest bardzo lekka a formuła kremowa. Nie ściekają z twarzy. Pamiętam, że pierwszy raz użyłam tej z Perfecty na twarz i dekolt, gdy słońce za bardzo się ze mną zaprzyjaźniło. Bardzo głęboko nawilżyła, niwelując uczucie pieczenia i przesuszonej skóry. Warto dodać, że produkt przyjemnie chłodzi i odświeża. Z pewnością polecam. Maseczka z Rival de Loop balansuje na tym samym poziomie co maseczka z Perfecty, bynajmniej takie jest moje zdanie. Mają porównywalnie takie same działanie i tak samo się z nimi zaprzyjaźniłam, więc bez większego znaczenia jest dla mnie to, po którą z nich sięgnę, gdy potrzebuję nawilżyć swoją skórę na buzi. Obie w takim samym stopniu polecam :)
Perfecta Express mask rozświetlenie, co za badziew! Serio wam mówię, gorszego produktu chyba nie miałam. Ale po kolei. Producent obiecuje nam, że jest to produkt „do skóry z oznakami zmęczenia, stresu i niedotlenienia, bez ograniczenia wieku. Idealna jako S.O.S. przed wyjściem. Do stosowania na twarz i pod oczy. Zawiera złoto 24 - karatowe i kwas hialuronowy. Regeneruje i wygładza skórę oraz zapewnia jej zdrowy koloryt. Dyskretnie rozświetla cerę maskując cienie i oznaki zmęczenia. Maseczka niezmywalna, pod makijaż.” I na obietnicy się kończy. Twarz po jej nałożeniu mieni się jakby sypnięta brokatem. Cera jest wysusza i powiedziałabym, że na maxa przesuszona. Ta maseczka w ogóle nie robi nic pożytecznego. Z przykrością ale nie polecam! 
Rival de loop Przeciwzmarszczkowa maseczka pod oczy to produkt, o którym ciężko wyrobić mi sobie jakąś opinię. Tak do końca nie wiem czy działa jak powinien. Ale w moim przypadku to może tylko botoks pomoże? Konsystencja lekkiego kremu. Pozostawia po sobie lepkiej warstwy i tłustą warstwę. Zmarszczek mi nie zniwelowała, ale przyjemnie nawilża i delikatnie napina skórę wokół oczu. Jedna saszetka podzielona jest na cztery mniejsze, co daje nam możliwość czterech aplikacji. Jak dla mnie tego produktu w jednej takiej przegródce jest stanowczo za dużo i bez obaw, (jeśli oczywiście tak robicie, bo jak wiecie ja nie) wystarczy wam na dwa razy. Więc według moich wyliczeń jedno opakowanie przeznaczone powinno być na 8 a nie na 4 aplikacje. Maseczka nie podrażniła mojej skóry wokół oczu. Po kilkunastu minutach nadmiar wmasowuje/wklepałam.
Tak prezentuje się dwumiesięczny przegląd maseczek do twarzy w moim wykonaniu. Czy znasz te produkty do pielęgnacji buzi? Może z którąś z nich również się zaprzyjaźniłeś albo masz zupełnie inne zdanie na temat danej maseczki? Chętnie poznam Twoją opinię, którą możesz zostawić w komentarzu pod tym postem. Będzie mi bardzo miło :)

Claresa Lakiery hybrydowe | Kolejne nowości w kuferku


Z góry chciałabym Was przeprosić za brak nowych postów. Ale jakoś tak miałam chwilowy spadek mocy i wiary w to, co robię. Przeszło mi nawet przez głowę, aby rzucić to w diabły. Ale przecież pisanie dla Was i prowadzenie bloga sprawia mi bardzo dużo satysfakcji, więc resztkami wiary podnoszę się niczym feniks z popiołu i skrobię zaległe posty, które czekają w kolejce do publikacji. Na maj miałam zaplanowanych chyba 6 postów, które nie wyszły. Ba! Nawet ich nie napisała (może poza jednym), no poza tytułami. Co robię zawszę wtedy, gdy najdzie mnie jakiś pomysł, który chciałabym opisać. Tak też mam dla Was dzisiaj, po długim milczeniu, nowy post, na który serdecznie zapraszam.

W moim kuferku pojawiły się ostatnio nowe lakiery hybrydowe. No, nie takie ostatnio. Bo przecież paczka przyszła do mnie z początkiem maja, a tutaj za chwilę połowa czerwca pyknie. Nie mniej jednak dostałam trzecią i zarazem ostatnią paczkę od firmy Claresa w ramach naszej współpracy. Co nie zmienia faktu, że sama sobie czegoś nie zamówię i w sumie tak też zrobiłam. Ale o tym następnym razem.
Dziś chciałabym Wam pokazać, co znalazło się w przesyłce od tej marki. Były to trzy lakiery o bardzo pięknych kolorach. Trafili w me gusta.  Claresa z tego, co zauważyłam zaczęła wyprzedaż tych lakierów, jakie otrzymywałam dotychczas. Tym razem przyszły do mnie trzy buteleczki w nowej odsłonie. Kolor widoczny jak na dłoni pozwala na zobaczenie rzeczywistego koloru już na wieczku naszej buteleczki, nie musimy odkręcać by sprawdzić, co faktycznie siedzi w środku. Spotkałam się z tym w sumie pierwszy raz. Ale na dziś już wiem, że inne marki też zaczęły praktykować taki trend. I przyznać trzeba, że to mega praktyczne rozwiązanie, z racji tego, iż etykiety przeważnie nie oddawały pełni koloru lub różniły się zupełnie od zawartości.
Co do samych lakierów. Jak już wcześniej wspomniałam, w przesyłce otrzymałam trzy piękne kolory, które całkowicie do mnie przemawiają. Nudziak, czerwień i neon (idealny na nadchodzący sezon letni) Trio od zadań specjalnych. Tym razem na buteleczce nie przywitały mnie dziwaczne a zarazem oryginalne nazwy poszczególnych kolorów.  Marka postawiła na prostotę, jeśli chodzi o nazewnictwo owej kolekcji i tak na opakowaniu widnieją następujące nazwy 107 Nude 523 Pink 438 Red. Jak dla mnie jest to swoją drogą bardziej praktyczne. Jakoś głowę do cyferek mam, gorzej z pełnymi nazwami czy nazwiskami.

Lakiery są bardzo dobrze wyważone, jeśli chodzi o konsystencję. Nie za gęste, (co można było zauważyć w tych ze starej edycji) ani też nie za rzadkie. Bardzo dobrze napigmentowane a pełne krycie uzyskujemy po dwóch aplikacjach. Co do pędzelka, które tak bardzo przeszkadzały mi wcześniej, zauważyłam że również zmienili jego strukturę. Tym razem pędzelek w każdym z otrzymanych lakierów był szczuplejszy, dłuższy i nie taki sztywny (czyżby firma wzięła moje postulaty pod uwagę ? :D)  Warto dodać, że produkt zamknięty jest w bardzo eleganckiej buteleczce. Zdecydowanie jest to wizualnie lepsze opakowanie niż te poprzednie. Czarna, szklana struktura mieści w sobie 5 ml lakieru. Generalnie zmiana na duży plus.
Poprzednie wpisy o lakierach tej marki możecie znaleźć w następujących linkach J


CLARESALAKIERY HYBRYDOWE

Poniżej znajdują się stylizacje paznokci z moimi faworytami z tej przesyłki. Osoby, które śledzą mnie na Instagramie mogły już zapoznać się z tymi typami. Jeśli nie ma Ciebie ze mną tam to z całego serca zapraszam SIMPLIKO
Ponadto mam dla Was małą niespodziankę, jeśli chcielibyście skusić się na zakup tych lakierów, możecie zarejestrować się jako konsultantka by otrzymać je w niskiej cenie. Obecnie kosztują na stronie producenta 16,90 zł co w sumie nie jest wygórowaną ceną. Ale jeśli chciałabyś dostać je za 11 złoty wystarczy, że ZAREJESTRUJESZSIĘ, a później aktywujesz konto przez otrzymanego maila. Będziesz mogła skorzystać nie tylko z lakierów hybrydowych tej marki. W ofercie znajdziesz produkty do pielęgnacji ciała, zwykłe lakiery czy akcesoria do stylizacji paznokci. Polecam!

Czy poznałaś już lakiery hybrydowe Claresa? Miałaś okazję na nich pracować? Podziel się w komentarzu swoimi przemyśleniami odnośnie tej marki, chętnie poznam Twoje zdanie.

instagram @karellauk

Copyright © Karella