Claresa - lakiery hybrydowe | Nowości w kuferku

Ostatnio wpadła mi kolejna przesyłka od zaprzyjaźnionej firmy Claresa. Jako że moje paznokcie u dłoni są w lekkiej regeneracji postanowiłam przetestować nowości na paznokciach u stóp. Przecież stopy to część naszego ciała, to, że, na co dzień i w dodatku w okresie jesienno zimowym nie są eksponowane to nie znaczy, że mogą zostać zapomniane. Warto dbać o stopy przez cały rok, bez względu na panującą pogodę za oknem. Poza tym pomalowane pazurki stóp wydają się takie kobiece i subtelne bez względu na porę roku. A ja lubię czuć się dobrze we własnym ciele zawsze
Tym razem marka przesłała mi 3 kolory, oliwkę do skórek, podkładkę do robienia zdjęć naszym stylizacjom oraz parę pilników wraz z podstawką do telefonu. Jeśli chodzi o samą przesyłkę, tym razem nie zastałam w niej ani miłego liściku ani też ładnie zapakowanych produktów. A szkoda, bo to oko cieszy i w sercu tak jakoś raźniej. Produkty były po prostu zawinięte w folie bąbelkową i przesłane w kopercie.
Byłam bardzo ciekawa tych produktów. O pierwszej tego typu przesyłce pisałam Wam tutaj - klik Mogliście tam przeczytać, o moim wysokim poziomie zażenowania pędzelkami w tych lakierach. Z tego też względu w miarę możliwości szybko zabrałam się za malowanie i testowanie. Już podczas ubarwiania swojego wzornika zauważyłam, że pędzelki są jakieś inne. Ale czy lepsze niż ostatnio? O tym zadecydował ostateczny test, czyli malowanie po płytce paznokcia. Byłam w szoku, że struktura pędzla a raczej jego włosia różni się od poprzednich. Jest o wiele bardziej miększa, ale jeszcze nie tak bardzo jakby mi to pasowało. I od razu mówię nie jest to przyzwyczajenie. Nie używałam lakierów z pierwszej przesyłki do wykonania dziesiątek stylizacji.
Cuticle Oil Honey Touch mleko i miód oliwka do skórek o bardzo intensywnym  i przyjemnym zapachu. Zmiękcza i nawilża skórki wokół paznokci na długie godziny. Stosowałam ją u dłoni codziennie przez dwa tygodnie. Najdrobniejsze przesuszenia zniknęły, a nieestetyczne zadziorki już się nie pokazały. Gorąco polecam Wam ten produkt. Moje skórki w delikatny sposób były rzeczywiście nawilżone i zmiękczone. Nie musi służyć jedynie do wykończenia stylizacji a do ogólnej pielęgnacji Waszych paznokci. Oliwka poprawia kondycję skórek przy paznokciach.

Moja mini kolekcja lakierów hybrydowych tej marki pomalutku się powiększa. Poniżej na zdjęciu prezentuje Wam wszystkie jakie posiadam na obecną chwilę. Trzy pierwsze są z poprzedniej przesyłki. Kolejne trzy – to obecne nowości w moim kuferku. Wiecie co mi się w nich spodobało od razu poza kolorystyką? Nezewnictwo poszczególnych kolorów. Sami powiedzcie czy nie są pomysłowe.
Od lewej: 
Grey Crocodile, Grey Mouse, Pink Blink – o tych kolorach mogliście poczytać TUTAJ

Pink Mouse - ostatnimi czasy jestem zauroczona perłowymi kolorami. A że wiosna do nas zawitała, to i tym razem postanowiłam upiększyć swoje paznokcie u stóp właśnie tym kolorem. Idealne krycie uzyskałam nakładając dwie warstwy lakieru, nie pozostawiał smug ani nieestetycznych zacieków. Rozprowadzał się naprawdę dobrze.

Pink Frog – kolor z tych bardziej neonowych. Odpowiednio gęsty i równie łatwy w aplikacji jak dwa pozostałe kolry marki Claresa. Idealnie nada się na ciepłe słoneczne dni. Bardzo podoba mi się ten odcień, w moim kuferku dotychczas był tylko jeden neonowy lakier. 

Grey Rabbit, – jeśli miałabym ukazać swojego faworyta z tej trójki byłby to właśnie Szary królik. Piękny odcień szarości, łatwość aplikacji i krycie już przy pierwszej warstwie.

Pilniczki, jakie otrzymałam to te z gradacją 100/180 i 180/240 szczerze to nie widziałam różnicy między ziarnami. Produkt jest dość miękki i pęka przy najmniejszym wygięciu go. Jeśli chodzi o opiłowanie naturalnej płytki paznokcia to sobie znakomicie dają radę. Generalnie jestem przyzwyczajona do dość solidnych, mocnych i grubych pilników. Te od Claresa są zdecydowanie delikatniejsze, ale nie są najgorsze. Jako że paznokcie u dłoni są w regeneracji idealnie opiłowują ich wolny brzeg.
OGÓLNA OPINIA O PRZYSŁANYCH PRODUKTACH
Przyznaję z ręką na sercu, że z lakierów hybrydowych tym razem jestem bardzo, ale to bardzo zadowolona. Pod każdym względem, czy to kolorystycznym czy jakościowym. Pędzelek sunie po płytce bez większych problemów. Krycie poszczególnych kolorów nie przysparza kłopotów, zamierzony efekt osiągamy po dwóch warstwach. Te hybrydy od Claresa nie pozostawiają smug ani zacieków na paznokciach. W buteleczkach nie zauważyłam jakiś niechcianych pyłków, które utrudniłyby ich aplikację. Jeśli chodzi o ten zestaw lakierów a poprzedni, to jestem miło zaskoczona, te już nie są tak gęste jak pierwsze trzy, które otrzymałam od firmy, – co działa na duży plus. Odniosłam wrażenie, że produkt jest zdecydowanie lepiej wyważony. Są to lakiery hybrydowe bardzo mocno napigmentowane, a taka kolej rzeczy zdecydowanie przypada mi do gustu :)


Do następnego! 

Miesięczny przegląd maseczek do twarzy | Marzec


Już jakiś czas temu przerzuciłam się z pełnowymiarowych produktów tego typu na jednorazowe. Powód jest po prostu jeden – jeszcze nigdy nie wykorzystałam żadnej maseczki do końca. Kupowałam je tonami a i tak większość wylądowała w koszu, bo najzwyczajniej w świecie przeterminowały się. Tak też ze względów ekonomicznych postawiłam na kupno jednorazowych maseczek. Na sklepowych półkach jest ich od wyboru do koloru. Możemy przebierać i wybierać w tym, czego w danym momencie potrzebuje nasza cera.
Jakie widzę plusy z maseczek przeznaczonych do jednej aplikacji?

- bez skrupułów możesz zrezygnować z kolejnych zakupów danej maseczki, gdy jakaś np. uczuli cię lub po prostu się nie sprawdzi.
- oszczędność kasy, bynajmniej jest tak w moim przypadku
- różnorodność i dostępność, jest ich naprawdę masa i każda drogeryjna firma ma je w swojej ofercie, a Ty możesz w każdym momencie wrócić do tej, która przypadnie Ci do gustu.

Postanowiłam, że stworzę na swoim blogu Miesięczny przegląd maseczek. Będzie to cykl wpisów, o maseczkach, które zużyłam w danym miesiącu i przypadać będzie na ostatni dzień miesiąca. Co Ty na to?

Dziś poznasz kilka maseczek, które towarzyszyły mi w marcu. A wiadomo, że w marcu jak w garncu i wahania temperatur nie sprzyjają żadnej z nas. Zawsze pozostawia to ślad na mojej twarzy, ciele czy włosach. Zimą mam bardziej podrażnioną skórę twarzy a ta na ciele jest o wiele bardziej wysuszona. W tym okresie potrzebuję dużej regeneracji i odżywienia, dlatego sięgam po sprawdzoną już wiele razy regenerującą maskę na naczynka od Tołpy. Redukuje zaczerwienie na mojej twarzy od razu a podrażniona skóra jest przyjemnie zregenerowana. Nawilża i nie powoduje uczucia ściągnięcia, co jest dużym plusem. W składzie znajdziemy między innymi acerolę, arnikę i nasiona kasztanowca. Gorąco polecam.
Kolejną maseczką regeneracyjną, jaką użyłam była maseczka z brązową glinką Ziaja Moja wrażliwa cera potrzebuje kopa w uzupełnianiu wartości odżywczych, wiecie robię się coraz starsza – nie młodsza. Twarz wydaje się na dużo starszą niż jest w rzeczywistości, a skóra traci swoją elastyczność i najnormalniej w świecie zaczyna wiotczeć. Zdecydowałam się na tę maseczkę, ponieważ zawiera prowitaminę, B5, która nawilża, (choć nie wystarczająco) oraz skutecznie regeneruje podrażniony naskórek. W swoim składzie wyróżnia olej canda, który bogaty jest w kwasy tłuszczowe, dzięki czemu odżywia i zmiękcza. Ponad to maseczka zawiera proteiny ze słodkich migdał, które liftingują i zapobiegają wiotczeniu. Witamina młodości neutralizuje wolne rodniki, które odpowiedzialne są za starzenie się skóry. Czyż nie idealna, jeśli chodzi o problemy, z jakimi aktualnie boryka się moja twarz? Skóra po tej masce jest intensywnie odżywiona, przy czym tak przyjemnie pachnie, ale też bardzo mocno napięta. Jedyne, czego mogę się doczepić to fakt, że twarz woła Kremu!
Nawilżenie dzięki maseczce z glinką zieloną Ziaja, bardzo przyjemna w rozprowadzeniu. Pod palcem czułam aksamitną konsystencję. Tak wiem palec… nie mogę wziąć się by zakupić konkretny pędzel do aplikacji maseczek. Wracając do maski, skóra na twarzy po tej z glinką zieloną jest zdecydowanie nawilżona i rozjaśniona. Moje zaczerwienienia zmniejszyły się, lecz nie zniknęły w całości. Maseczka w swoim skaldzie zawiera olej canola, który odżywia i zmiękcza. Prowitaminę B5, dzięki czemu podrażnienia są minimalizowane oraz wspomnianą glinkę zieloną, by nawilżyć naszą twarz. Maseczkę należy nałożyć na twarz i pozostawić przez około 10-15 minut, po czym zmyć letnią wodą i przystąpić do dalszej pielęgnacji.
W marcu zaczęłam borykać się z problemami na twarzy. Nie dość, że czoło jest wysypane bliżej niezidentyfikowanymi osobnikami to jeszcze pory i zaskórniki postanowiły się dołączyć. WTF? Nawet w okresie dojrzewania nie miałam takich problemów. No cóż i z tym trzeba sobie radzić. Czy z pomocą przyszła maseczka z rossmannowskiej półki? Rival de Loop maseczka złuszczająca, głęboko oczyszcza skórę i nawilża, efekt ściągnięcia wyczuwalny minimalnie. Maseczka typu peeloff, takie lubię najbardziej. Jest bardzo gęsta, przez co trudna w rozprowadzeniu. Ale dzięki swojej żelowej konsystencji i tej gęstości produkt bardzo dobrze trzyma się na twarzy i nie spływa z niej podczas noszenia. Natomiast ściągnięcie jej z twarzy jest dziecinnie proste. Bez brudzenia i chlapania wodą. Skóra po niej jest miękka w dotyku i odświeżona. Czas oczekiwania na jej ściągnięcie nie przysporzył mi żadnych niespodzianek, skóra nie piekła, nie swędziała, ani nie pojawiły się inne nieprzyjemne efekty. Mogło być inaczej dużo w niej alkoholu, który wyczuwalny jest zaraz po otwarciu saszetki. Ogólnie nie wrócę do niej, ale o tym poczytacie niżej…
No i ostatnia maseczka marki Tołpa. Już pisałam, ze nigdy nie miałam przykrych doświadczeń, jeśli chodzi o Tołpę. I cóż ja mam powiedzieć o masce? Pierwszy raz mam z nią styczność. Po nałożeniu moja twarz niemal od razu zaczęła mnie szczypać i piec. Z zalecanych 10 – 15 minut trzymania produktu na twarzy wytrzymałam zaledwie nie więcej niż 5. Odniosłam wrażenie ze z sekundy na sekundę nieprzyjemne uczucie nasilało się. Po zmyciu maseczki moja twarz była cała czerwona i pozostała taka przez dobre dwa dni, choć wiadomo, że efekt poparzenia zmniejszał się z każdym dniem. Szkoda, że na opakowaniu widnieje napis hypoalergiczna i dla skóry wrażliwej. Nie, nie i jeszcze raz nie. Przykro mi Tołpa, że muszę to napisać, ale ten produkt nie nadaje się do niczego.
Poniżej zdjęcie tuż po zmyciu maski, może tego nie odwzorowuje - ale cała twarz była czerwona



MOJA PRZESTROGA | MOJA GŁUPOTA | MOJA NIEWIEDZA – nazwij jak chcesz…

Jakiś czas temu zakupiłam tonik i krem tej samej firmy. To spowodowało moje podrażnienia, z którymi borykam się wciąż a od ostatniego użycia minęło chyba z 2 miesiące. Dodam, ze stosowałam jakiś niecały tydzień te produkty. Moja wrażliwa skóra stała się bardzo podrażniona i przesuszona. Oczywiście nie przeczytałam składu, a raczej przeczytałam, ale nic kompletnie mi nie mówiły te zaszyfrowane nazwy. Postanowiłam skonsultować ten skład z jedną osobą, która zna się na tym bardziej niż ja. Pierwsze, co zauważyła i od razu odradziła to fakt, iż na drugim miejscu w składzie produkty zawierały Alkohol denat. Proszę bardzo przyczyna problemów z cerą rozpoznana. Maseczka Rival de Loop też posiada w swoim składzie ten alkohol, ale chyba nie w takim stężeniu jak maseczka z Tołpy, która zafundowała mi nieźle poparzoną skórę.

Czym jest alkohol denat? Otóż to nic innego jak alkohol denaturowy. W kosmetykach pełni funkcję konserwantu, ale jest też rozpuszczalnikiem i nośnikiem substancji aktywnych. W drogeryjnych kosmetykach jego stężenie sięga 40-70% Z chemii zawsze leciałam na samych pałach, no ale kumam, że alkohole to nic dobrego, w szczególności gdy są rozpuszczalnikiem. No litości rozpuszczalnik na twarz … ?!  Kochane moje jeszcze tego samego wieczora przejrzałam wszystkie swoje kosmetyki i przeanalizowałam skład. Wyeliminowałam wszystko, co w składzie zawiera zwrot  alkohol denat. Może i nie jestem jakimś mega znawcą, ale przyznaje się z ręką na sercu, że kupując kosmetyki do twarzy sugerowałam się jedynie napisem na przedzie opakowania nie zwracając uwagi na to, co producent napisał drobnym maczkiem w rubryce SKŁAD. Mój błąd i jeśli mogę Cię przestrzec przed popełnieniem tego błędu będzie mi cholernie miło. Proszę, czytajcie etykiety. Analizujcie, co chcecie położyć sobie na twarz.  Ja postaram się zwracać na to większą uwagę by uniknąć w przyszłości takich przykrości, jakie miały miejsce ostatnio. 

Do następnego!

Ziaja Sensim Depile | Recenzja kremu do depilacji skóry wrażliwej

Krem do depilacji dla skóry wrażliwej od marki Ziaja to produkt, na który skusiłam się ze względu na bardzo wrażliwą skórę w okolicy bikini. Każda depilacja przy pomocy maszynki do golenia kończy się mega podrażnieniami i szukam jakieś alternatywy. Jak okres zimowy można przebidować, tak podczas wiosny i lata już nie za bardzo. Częstotliwość depilacji zwiększa się wraz ze wzrostem temperatury w tych okresach. A co za tym idzie, to większa ilość podrażnień i nieestetyczny wygląd skóry. Zachęcona przez producenta, sięgnęłam po krem marki Ziaja. Czym przykuł moją uwagę? Otóż na opakowaniu napisano

„Depilacja skóry wrażliwej, szczególnie wskazana do depilacji miejsc, np. pach i okolic bikini. Działanie:
·         Szybko i skutecznie usuwa owłosienie,
·         Pozostawia skórę doskonale gładką,
·         Zmiękcza oraz aktywnie nawilża naskórek,
·         Likwiduje uczucie szorstkości skóry,
·         Działa kojąco, szczególnie w miejscach skłonnych do podrażnień”
Czy w rzeczywistości tak jest? O tym przekonałam się na własnej skórze.
Zacznę od początku. Zaciekawiona działaniem Sensim Depile od razu przystąpiłam do zalecanego przez producenta testu wrażliwości skóry. Naniosłam niewielką ilość kremu na skórę ramienia, na około 5-10 minut, po czym spłukałam produkt letnią wodą. Po 24 godzinach nie wystąpiło podrażnienie skóry, czyli mogłam przystąpić do depilacji określonych miejsc na ciele. Już następnego dnia, od wykonaniu testu wrażliwości, podjęłam swoją pierwszą próbę depilacji przy pomocy kremu i szpatułki.
Na pierwszy ogień poszły paszki, zaraz potem okolice bikini. Naniosłam grubą warstwę produktu na skórę (nie wcierałam) i pozostawiłam na 10 minut. Co do sekundy, było to 10 minut. Następnie przystąpiłam do depilacji, przy pomocy szpatułki, która dołączona jest do opakowania. Wykonanie czynności docelowej było bardzo łatwe i podobne do golenia maszynką. Z tym, że po jednym pociągnięciu szpatułką nie wszystkie włosy od razu zostały usunięte. Koniecznie musiałam powtarzać ruch szpatułką w jednym miejscy. Jeśli liczysz na doskonałą gładkość to muszę Cię rozczarować. Co prawda włoski zostały zgolone, ale efekt końcowy przypominał 3 dniowy odrost. Dodam, że jestem posiadaczką ciemnych i grubych włosków, co może mieć na to wpływ.

Kolejnego dnia chciałam sprawdzić również jak krem poradzi sobie z głębokim bikiniolaboga! Nigdy więcej! Nie dość, że siedzisz wysmarowana kremem i czekasz aż zadziała to jeszcze później to uporczywe operowanie szpatułką, która nie nadaje się w tamte miejsca, ze względu na swoją wielkość. Efekt końcowy taki sam jak przy zgoleniu paszek – odrost. Kończysz golenie a tam zamiast delikatnej gładkości - kilkudniowy odrost. Nijak się ma to do szybkiego i skutecznego usunięcia włosków.
Ten krem na dobrą sprawę nie uczulił mnie w żaden sposób ani też nie podrażnił miejsc poddanych depilacji. Ale jest tutaj, ale. Muszę Wam napisać, że po depilacji prawej paszki pojawiły się różowe krostki nie w miejscu golenia a tuż dookoła niego. I przyznam szczerze, że przez całą noc i pół następnego dnia czułam dyskomfort w postaci nieprzyjemnego pieczenia. Uczucie podobne do tego, gdy coś nas obetrze. Takie przykre doświadczenie nie miało miejsca przy innych partiach ciała, które zostały poddane depilacji.

Na opakowaniu brakuje mi informacji o tym czy należy depilację wykonać z włosem czy też może pod włos. W moim przypadku musiała być to opcja numer dwa. Operując szpatułką z włosem niestety, ale nic się nie działo, czyt. nic się nie goliło. Do minusów mogę również zaliczyć zapach kremu, jest naprawdę nieprzyjemny i bliżej nieokreślony. A skład ma następujący
Czy sięgnę drugi raz po ten produkt?
Otóż zgodzić jedynie mogę się z ostatnim punktem na liście, którą zacytowałam na samym początku. Działa kojąco. Reszta pozostawia wiele do życzenia. Po depilacji nie było krostek, pieczenia czy nieprzyjemnego wysuszenia skóry (pomijając nieszczęsną prawą paszkę) Niestety, szukam czegoś, co do zera zgoli niechciany zarost w pewnych okolicach. Ten krem tego mi nie gwarantuje i dlatego też skończę to opakowanie i nie wrócę już nigdy do niego. Moje oczekiwania nie zostały spełnione i nie ma, co tu dużo polemizować. Cena na stronie producenta: 8,20zł/100ml

Do następnego!

Nowości kosmetyczne | Czyli co przywiozłam ze sobą z Polski


Słuchajcie, to, że jestem kobietą to wiemy i to jest niepodważalny fakt. Ale to, że zakupów nie znoszę robić, zupełnie jak na kobietę nie przystało, to druga strona. Czasami jak patrzę na moją siostrę to mam wrażenie, że którąś z nas zamienili na porodówce. Ona na shoppingu czuje się jak ryba w wodzie, ja jak słoń w składzie porcelany. Lubię nowe ciuszki, produkty i inne przedmioty, które są nowe. Ale kompletnie nie znoszę paradowania po sklepach i wyszukiwania jakiś perełek. W lumpeksach to już inna bajka - I gdzie tu logika? :D Po przeprowadzce do Anglii zakupy kosmetyków i produktów do pielęgnacji stały się troszkę frustrujące, ze względu na poziom angielskiego. No nie powala na kolana i nie ma, co tu dużo się rozwodzić a jak powala to raczej nie z zachwytu. Wszelkie etykiety i opisy kremów, balsamów, toników i innych takich są dla mnie zagadkowe, albo stoję pod sklepową półką z produktem w jednej ręce i telefonem w drugie robiąc szybki translate by mieć pojęcie, o czym producent do mnie mówi, albo po prostu rezygnuję. Nie jest to komfortowe i zniechęca do odwiedzania angielskie drogerii :D
O marcowej wizycie w Polsce wiedziałam już na koniec stycznia – tak też i od wtedy zaczęłam przeglądać strony polskich producentów za kosmetykami, które po prostu zaczynały się kończyć lub się nie sprawdzały. Do Polski leciałam z lżejszym bagażem, o czym mogliście poczytać we wpisie Kosmetyczka w podróży. Natomiast pakowanie i kosmetyczki i walizki w drodze powrotnej sprawiło mi nie lada wyzwanie. Ale dałam radę! Co prawda znowu z pomocą i nauką przyszedł mi mój Partner, ale nie mniej jednak wszystko, co zakupione na polskiej ziemi wylądowało ze mną w angielskim domu JNie przeciągając już dłużej, poniżej prezentuje Ci moje zakupy. Aby było przejrzyście postanowiłam podzielić wszystko na kilka kategorii

PRODUKTY DO PIELĘGNACJI TWARZY
Dom mój gdzie serce moje – postawiłam na polskich producentów, bo przecież język polski jest mi taki zrozumiały. Tym sposobem w pielęgnacji cery przyszła mi, każdemu znana, polska marka Sylveco. Zaopatrzyłam się w kremy do buzi i na dzień i na noc. Ostatnio borykałam się z bardzo wysuszonymi i podrażnionymi policzkami. Twarz była skąpana w przeróżnych wypryskach i w sumie mam podejrzenia, co mogło być przyczyną, ale o tym innym razem. Szukając idealnego kremu zdecydowałam się na polskich producentów i w sumie nie żałuję. Łagodzący krem na noc przyniósł ukojenie niemal po pierwszej aplikacji. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona jego działaniem i przyznam, że muszę mieć każdy produkt z różowej serii od Sylveco. Na dzień wybrałam Wzmacniający krem z ekstraktem z owoców borówki, który ma za zadanie wyrównać koloryt skóry. I idzie mu całkiem dobrze. Myślę, że mamy tutaj ulubieńców, ale powiem o nich znacznie więcej, po dłuższym ich stosowaniu. Aha i muszę pochwalić markę za wysyłkę. Poza zamówionymi przeze mnie produktami w paczce znalazłam ogrom przeróżnych próbek, piękne firmowe broszury, w których jest dużo informacji odnośnie ich produktów oraz małe, co nieco dla łasuchów, mianowicie cukierki krówki J Duży plus – moje zamówieni przyszło bardzo szybko. Tutaj macie link do bezpośredniej strony KLIK, Jeśli chodzi o kremy do twarzy to zamówiłam jeszcze słoiczek regenerującego kremu – olejku z czarnuszki od Tołpa Lubię produkty tej marki i jeszcze nigdy nie miałam z nimi przykrych doświadczeń. Ciekawa jestem jego działania.
Maseczki to kolejne produkty z kategorii pielęgnacja twarzy.
Uwielbiam jednorazowe maski. I tym sposobem mamy tutaj 16 takich saszetek (4 podwójne) plus trzy z większą pojemnością. Jako ze jestem zakochana w maseczkach od marki Tołpa tak i tym razem nie mogło ich u mnie zabraknąć Zdecydowałam się jak zawsze na niezastąpioną maskę regeneracyjną. Są na prawdę rewelacyjne i przynoszą szybkie ukojenie. Do tego dodałam maskę nawilżająco – łagodzącą oraz tą z serii oczyszczającej.
Masek z firmy Perfecta nie znam, ale zdecydowałam się na dwa rodzaje Rozświetlenie i Odżywienie, które przydadzą się po tej jakże męczącej zimie. Kolejne maski to Czyste Piękno i ich jogurtowe intensywne odżywienie oraz aktywny lifting – wzięłam, bo były na promocji w Biedrze, chyba jakieś 2zł za sztukę :D Przetestujemy – poinformujemy cóż to za cuda. Ziaja to chyba gratis do zamówienia, – ale trafili Maseczka kojący kompres dla skóry wrażliwej idealna na moją obecnie podrażnioną cerę. Maseczka pod oczy – ciągle szukam czegoś na moje kurze łapki, ale chyba nie znajdę niczego skutecznego poza botoksem. Chyba, że się z nimi pogodzę i uznam za swój atut urody :D Ale wzięłam coś tam z Rossmanna, niby redukuje głębokie zmarszczki – no zobaczymy.

Przyszedł czas na pełnowymiarowe maseczki, po które sięgam bardzo rzadko, ale tym razem się skusiłam, – bo promocja i coś nowego do użycia.
Babcia Agafia i jej maska – lifting do twarzy. 100ml/6,60 zł Czytałam o tych maskach same pozytywne opinie, tak więc przekonam się teraz na własnej skórze cóż to za naturalny wynalazek ;)
Biała glinka od Biomare tutaj będzie wyższa szkoła jazdy, jeśli chodzi o przygotowanie tej maski. Mówią, żeby lepiej dodać mniej wody aniżeli dosypywać produktu. Zgodzisz się? A i słyszałam również, że najlepiej tworzyć maski z glinki/alg w miseczkach sylikonowych, tak więc muszę sobie takowe sprawić. Rossmann 50g/7,59 zł
Czarna róża od Tołpa może i nie pełnowymiarowa, bo ma 25 ml, ale na pewno wystarczy na kilka aplikacji. Przyznam się szczerze, że nie pamiętam ile kosztowała, ale wydaje mi się, że cena nie przekroczyła 10 złoty.

PRODUKTY DO PIELĘGNACJI STÓP
Niezastąpiony pumeks z Avonu. Jest to któryś z kolei i jeszcze ani razu mnie nie zawiódł. Posiada dwie gradacje. Drobniejsza i delikatniejsza, która wygładza i zapobiega efektowi takiej poszarpanej skóry. I druga ostrzejsza z grubymi ziarnami ścierania, która umożliwia dokładne usunięcie zgrubiałego naskórka. Kolejne produkty w jednorazowych saszetkach Perfecta Zabieg zmiękczający i regenerująco-kojący.  Do niedawna stawiałam na skarpetki złuszczające, ale przyznam, że niezbyt estetyczne są stopy, gdy przez tydzień martwy naskórek schodzi z nich niczym skóra z węża. W tym roku jednak nie skuszę się na nie. Bardzo ciekawi mnie działanie zabiegów od Perfecta.

PRODUKTY DO PIELĘGNACJI DŁONI
Czy wspominałam, że nie byłabym sobą gdybym czegoś nie zapomniała pakując walizkę do Polski? A no właśnie, nie wzięłam swojego ulubieńca i byłam zmuszona kupić nowy krem do rąk. Nie mogłam znaleźć Neutrogena z maliną nordycką, więc w któreś z kolei drogerii w swoim mieście poprosiłam ekspedientkę by poleciła mi coś godnego uwagi. Po wysłuchaniu moich potrzeb i oczekiwań, co do kremu, Pani w lokalnym sklepiku podała mi krem Lirene Jedwab morski i co? I klops! Poza błyskawicznym wchłanianiem ten krem nie robi nic innego. Zero nawilżenia i odżywienia. Skórki przy paznokciach jak były suche tak po zastosowaniu nadal takie były. Dłonie po użyciu kremu są po prostu nijakie a skóra ściągnięta.
Pełnowymiarowy peeling do dłoni od polskiej marki to zupełna nowość. Jak już wspomniałam kremy Sylveco zaskoczyły mnie pozytywnie, w przypadku tego peelingu nie mogło być inaczej. Już po pierwszym użyciu skóra jest nawilżona i otulona warstwą ochronną.
Produkty w saszetkach zagościły u mnie na dobre. Ziaja i nowości. Parafinowe peelingi i maski do rąk – jeszcze nie miałam okazji wypróbować. Znasz je?

Jak już jesteśmy w tematyce pielęgnacji dłoni to należałoby wspomnieć o produktach, które zadbają o moje paznokcie. Ostatnio stawiam na ich regeneracje i poprawę kondycji, odstawiłam na jakiś czas hybrydy i żele. Kruche i łamliwe paznokcie podratuje mi Celia Nail Expert Hydra-Basa 5in1. Jestem w trakcie kuracji, więc nie powiem za dużo, ale myślę, że powstanie osobny post. Wiecie, niby paznokcie są w mini detoksie, ale przecież to nie zwalnia mnie z zakupów u Semilaca – jestem mega ciekawa nowej bazy Extend tak też przy okazji kupiłam ją sobie, tak samo jak odżywkę do paznokci SPA for Man Nail Strengthener. A podczas zakupów na YvesRocher w gratisie dostałam lakier do paznokci w kolorze pięknej głębokiej czerwieni.

PRODUKTY DO MAKIJAŻU
Tutaj nie poszalałam i zafundowałam sobie tylko 4 kosmetyki w tej dziedzinie. Dwie pomadki – jedna w płynie Grand Rouge, która została wzbogacona o odżywczy olejek kameliowy i łączy właściwości pielęgnacyjne z doskonałym kryciem.  Aksamitna i bardzo delikatna, idealna na co dzień. Łatwa w naniesieniu na usta, dzięki aplikatorowi - i bardzo cudnie się 'zjada'. Trwałość do nawet 5h. Druga pomadka to Matowa pomadka Grand Rouge – czekała na zdjęcie, więc jeszcze nieużyta :D
Korektor pod oczy Kryjąco – rozświetlający Eveline Argan Oil cóż by tu powiedzieć? Zależało mi na kryciu i na tym by produkt nie osadzał się w zmarszczkach, ani nie ‘rolował’. No i znalazłam! W dodatku bardzo fajnie rozjaśnia skórę wokół oczu. Naprawdę polecam.
W swojej kosmetyczce nigdy nie miałam kosmetyku, który rozświetliłby moją twarz. Postanowiłam to zmienić i tak oto zachwalany rozświetlasz o chłodnym odcieniu od Lovely znalazł się w moim posiadaniu. Myślę, że będzie to przyjaźń na wiele miesięcy.
Przy okazji dodam, że stałam się posiadaczką dwóch nowych pędzli z Avonu – jeden do brwi, drugi do rozświetlacza ;)

POZOSTAŁE PRODUKTY
Jak wiecie do Polski leciałam samolotem, tak więc moje bagaże były znacznie ograniczone (nie wykupiłam bagażu do luku, co z automatu ograniczyło mnie w przewożeniu produktów wyłącznie do 100 ml – takie procedury). Ale nie przeszkodziło to w tym bym zaopatrzyła się w Krem do depilacji Ziaja – zmagam się z bardzo wrażliwą skórą w okolicach bikini, chciałabym wypróbować czegoś delikatniejszego niż hardcorowa maszynka do golenia, która pozostawia dużo podrażnień w tych miejscach. Swoją drogą zastanawiam się na zabiegiem epilacji by pożegnać uporczywe włoski z niechcianych miejsc.
Jeśli chodzi o ziaję to również chciałam wypróbować reduktor pierwszych różowych rozstępów i rozstępów trwałych. Moje ciało wydało na świat dziecko, co pozostawiło trwały ślad na pewnych partiach mojego ciała. Ciekawi jesteście gdzie będziemy zwalczać ów rozstępy? Zapraszam do śledzenia mnie w sieci, bo na pewno napiszę recenzję o Multi Modeling firmy Ziaja ;) 
Internet szaleje na punkcie naturalnych produktów, to i ja zaszalałam – zafundowałam sobie Naturalną pastę do zębów bez fluoru, która oczyszcza, łagodzi, odświeża i nie podrażnia – no zobaczymy oraz peeling do ust firmy Evree.
Lecąc do Polski Małż rzucił się i zasponsorował perfumy, tak przy okazji minionego dnia kobiet. Calvin Klain Sheer Beauty już od dłuższego czasu za mną chodził. Kwiatowo – owocowy zapcha przywołuje ciepłe majowe popołudnie. Bardzo mocno wyczuwalne piżmo, jaśmin i bergamotka. Natomiast zapach z Oriflame Lucia to również zapach późnej wiosny, wszystko za sprawą zamkniętego w eleganckiej buteleczce zapachu białego bzu.
Kolejnym kosmetykiem do testowania będzie serum do rzęs marki Eveline, jakoś niespecjalnie ingerowałam w wygląd swoich rzęs – mój pierwszy raz nadszedł. Opowiem Wam o działaniu tej odżywki jak minie więcej czasu.
Podczas moich zakupowych szaleństw nie zapomniałam o swoich włosach. Bioelixire i jego dwa olejki to produkty z Rossmanna (widziałam je też w Biedronce). Olejek z czarnuszki przypadł mi do gustu. Naniesiony na wilgotne włosy zapobiega elektryzowaniu się ich. W dotyku są delikatne i miękkie. Przyjemnie sypkie pod palcami. Arganowego olejku jeszcze nie stosowałam. Jedyne, nad czym ubolewam to pojemność. 20 ml to zdecydowanie za mało. I szkoda, że nie mają dozownika. Duży otwór powoduje brak kontroli w aplikacji. Wiecie, przechylasz a tam leci i leci i leci :D
No i nieszczęsna szczotka zakupiona w promocji 2+2. Jeśli śledzisz mnie na Instagramie mogłeś przekonać się jak szczotka z uwalnianą keratyną mega mocno elektryzuje włosy, choć drogeria na swoim IG pisała zupełnie coś innego > Gadżet For Your Beauty uwalnia podczas czesania keratynę, która chroni przed uszkodzeniami i zapobiega elekryzowaniu się włosów.” Nie mogłam jej zwrócić, gdyż produkty z promocji nie podlegają zwrotowi. Tak też pozostałam z kiepskiej jakości szczotką w swoim posiadaniu.

Ufff przebrnęłam przez to wszystko, a jeśli i Ty dotrwałaś do końca to bardzo się cieszę (: Tak prezentują się nowości kosmetyczne w marcu. Jeśli chcecie jeszcze kiedyś poczytać o moich nowościach kosmetycznych dajcie znać w komentarzu. Rozmyślam czy ewentualnie nie podzielić przyszłych postów na kategorie. No dziś tego jest tutaj ogrom. Szkoda, że pisanie pracy magisterskiej nie przyszło mi z taką łatwością J Mam nadzieję, że o niczym nie zapomniałam a tekst Ci się spodobał.

PS W ramach podziękowania, że jesteście ze mną mam dla Was małe, szybkie rozdanie na swoim profilu na Instagram. Zapraszam serdecznie > KLIK

Do następnego!

Nudziaki wersja dla każdego | Moja mała kolekcja


W świecie barw zdecydowanie królują i każda z Was z pewnością, choć raz miała je na swoich paznokciach. Odnajdują się w każdej stylizacji, którą podkreślają z elegancją.

                      Ponadczasowe. Uniwersalne. Delikatne.

Jestem nimi zauroczona, dlatego nudziaki często goszczą na moich paznokciach. Idealnie uzupełniają każdą moją stylizacje, nadają się zarówno do wyjściowych, jak i sportowych out fitów. Odcieni jest, co niemiara, a ja przepadam z każdą nową buteleczką. I ciągle sobie powtarzam
Nie, nie tym razem! Karolina wymaluj te, które posiadasz!

Jak możecie się domyślić często przegrywam tę wewnętrzną, nierówną walkę. Lakierów hybrydowych posiadam jakieś 30 sztuk. Od czerwieni po pastele, ale oczywiście w mojej kolekcji nie mogło zabraknąć tych w tonacji nude. W końcu moja przygoda z hybrydami rozpoczęła się od zakupu zestawu wraz z kolorem Classic Nude od Semilac. Wracając do mojej kolekcji, spośród 30 wspomnianych buteleczek 7 z nich to właśnie nudziaki. 
Najchętniej noszę jeden kolor w danym momencie. Taka wersja odcieni nude zdecydowanie przypadła mi do gusty. Bywa i tak, że kombinuje i łączę w jednej stylizacji kilka lakierów z tej grupy kolorystycznej, – ale to rzadkość. Nudziaki przeważnie wybieram, gdy zapuszczam paznokcie. Pięknie wydłużają i wysmuklają palce u dłoni. W mojej skromnej kolekcji udało mi się zgromadzić kolory, które świetnie prezentują się solo oraz w różnych połączeniach. A oto i one
Classic Nude – od niego wszystko się zaczęło, brudny pastelowy róż to jedyne, co przychodzi mi do głowy, gdy na niego patrzę
Yasmin Kiss – bardzo jaśniutki kolorek od Semilac, po nałożeniu trzech barw cieszy moje oko dokładnym kryciem.
Indian Roses – intensywna barwa, bardziej nasycony niż 004 aczkolwiek piękniejszy
Frappe – kolor, który ujęłabym tak mleko z kawą. 
Mamarazzi – delikatny cielisty kolor, nierzucający się w oczy
Midnight Samba – brokat, który ubarwi każdą stylizacje. Etykieta znacznie odbiega od tego, co mamy w środku, ale mimo to i tak jest uroczy. Bo Nude nie znaczy Nudne ;)
Mulled Wine – trafił do mojej kolekcji, jako ostatni i jeśli miałabym pokazać swój faworyt byłby to właśnie ten lakier od NeoNail. Macie możliwość zobaczyć go na zdjęciu u góry

Jest dużo więcej kolorów w tej tonacji, które czekają w kolejce do kupna. Kuszą za każdym razem, gdy robię zamówienie lub wyciągam szyje w sklepach stacjonarnych. Myślę jednak o zdrowym rozsądku i staram się zachować umiar. Cierpliwie poczekam, aż obecne kolory wymaluje by dopiero wtedy skusić się na zakup nowych sztuk.

Masz swoje ulubione lakiery w tych odcieniach? Daj znać w komentarzu, może jakiś trafi na listę Do zakupu, by poszerzyć moją kolekcję, gdy obecne będą na wykończeniu.

Do następnego!


instagram @karellauk

Copyright © Karella